haniuta blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2002

Siedzę w pracy i pracuję. Wiem, wiem – prozaiczne to i mało w tym postmoderny, ale jednak… Pisze mejla do mojego dyrektora Sina – „Hjuston jesteśmy gotowi do transferu”, i nagle:

Dzwoni telefon:

- Mamo! bylem na rekolekcjach! W KOŚCIELE! – mówi moje zaaferowane dziecko – własnie wróciłem.
- Nie, no generalnie gratuluje – wrzucam mój genetycznie zakorzeniony sarkazm, na który moje dziecko ABSOLUTNIE nie zwraca już uwagi. Niemniej – wrzucam.
- Noooo i słuchaj! Nie poszedłem do jakiejś tam spowiedzi, chociaż siostra zakonna wszystkich zaganiała. Ja jej powiedziałem – MOJA MAMA JEST FILOZOFEM, A JA MAM TAKIE SAMO ZDANIE JAK ONA I NIGDZIE NIE PÓJDĘ. I nie poszedłem. Nieźle co?
- Ty, młody – zapytałam roztropnie – a jakie ty masz ZASADNICZO TO zdanie?
- Noooo – odpowiedziało dziecko rezulutnie – takie jak TY! Zasadniczo, ale nie bój się siostra nie pytała JAKIE TO ZDANIE, to nie musiałem kombinować …..

Taaaaaa, to ja może jednak zaczne wrzucac do kościoła przed wejściem buta i będę sprawdzać czy piorun nie wali…..

PS. A tak szczerze mówiąc, co tu się dziwić jak czytam ksiażkę w której piszą –
„weź imię pacjenta, imię posłańca wzywającego lekarza i nazwę dnia, w którym posłaniec po raz pierwszy do ciebie dotarł, dodaj do siebie wszystkie litery – ich wartości numeryczne. Gdy wyjdzie ci liczba parzysta, pacjent nie przeżyje; gdy wyjdzie nieparzysta, pacjent wyzdrwieje”

Dziś

17 komentarzy

Byłam! Bo mnie wezwali. Jednak…

Wchodze, jeden z dużym uchem – ten co niby na niego krzyczałam:
- Aaaaa dzień dobry, no ten, bo ja w sumie nie wiem, tego no, opowie pani?
- A co?
- No – mi – o Internecie – opowie pani?
- A więc tak: dawno, dawno temu, niedalej jak w listopadzie…..

Uszaty zamyślił się głęboko i wsłuchał w opowieść. W oddali szumiała maszyna do pisania – jedyna jaką dostali, z przydziału. Gdzieś gwizdał czajnik gotując wodę na kawę „zaparzuchę”, kajdanki delikatnie dzwoniły dzyń… dzyń…… dzyń

BACH!!!! tracheły drzwi jak w jakim saloonie. Nagle – jak burza, jak flashmen, jak Krawy Mściciel Zorro, jak brudny Harry w ostatniej scenie – WPADŁ KOMISARZ
- Haaaaa to Pani! – zawołał złowieszczo opierając się dłonią o biurko. Wykonał artystyczny wypad biodrem i przeczesał ręką wyposażoną w sygnet – stylizowaną żelem fryzure ala G. Cloony.
- Przyszła pani! To pani nas straszyła adwokatami, działami prawnymi, a jednak panią MAM!

Łypnoł złym okiem, przekręcił sygnet na palcu, zmienił punk cieżkości ciała robiąc wypad na drugie biodro.

- A jak ja pania teraz zatrzymam na ŚWIADKA? BO MOGĘ? To co pani, pani kochana?
- Z panem? – przeciągnełam się na fotelu obitym bordowym skajem – z Panem Panie Karolu ZAWSZE!

Chwila ciszy….
Konsternacja…..
Konsternacja……..
Po chwili konsternacji:

- Ja nie mam na imie KAROL! – komisarz stracił punkt ciężkości, nie zapanował nad biurkiem i mało nie spowodował katastrofy wylewając kubek herbaty……
- A ja nie mam wcale na imię „pani kochana” – dodałam złowieszczo mrużąc oczy.
„Punkt dla mnie” – pomyślałam – „ja nie mam w okolicy kubka herbaty.”
- Pani, pani….. – tu komisarz się zaciął i choć LICZYŁAM NA TO nie dodał „kochana” – to chyba chce obrazić POLICJANTA NA SUŻBIE!!!
Uszaty skulony w kącie biurka wymruczał coś na kaształt:
„E nie, wcale nie, ja tylko…..”.
Komisarz zamroził go jednak jednym, celnym, morderczym spojrzeniem!
„Węsierska – twoja kolej” mówił jego wzrok „To pojedynek! przyznaj się PRZEGRAŁAS”
Podjełam wyzwanie:
- A Pan, Panie Komisarzu! To chce, chyba obrazić KOBIETĘ PRZED TRZYDZIESTKĄ!

Tadam! GONG! Wygrałam!

- Aaaaa, to pardoł – powiedział komisarz i wycofał się tyłem ……….

W oddali zaszumiała maszyna do pisania – jedyna jaką dostali, z przydziału. Gdzieś gwizdał czajnik gotując wodę na kawę „zaparzuchę”, kajdanki delikatnie dzwoniły dzyń..dzyń……dzyń – opowiedziałam uszatemu o Internecie……

….

22 komentarzy

Nurtuje mnie jedno pytanie, pytanie natury moralnej, zagadnienie niejako, poniekąd:

Czy podlewanie kwiatów herbatą miętową to kanibalizm?

No i tak w sumie, czy tłumaczy mnie to, że nic innego nie miałam pod ręka, tylko tę herbatę? I brata wywarem z brata nakarmiłam…..

Mamy taki sklepik na osiedlu. Zwykły, osiedlowy, taki jak każdy ma. A w sklepiku mamy PANIE, o wyjątkowe panie my tam mamy. Meżczyzna Osobisty je uwielbia, bo chiraja się i szturchają pod boki przepisowo. Nad taką kapustą, to już wogóle potrafią się chichrać. No a jak Osobisty zacznie jeszcze swoim męskim głosem klarować, jak to on GOTUJE, SPRZĄTA, I ZAKUPY robi, bo przecież O KOBIETĘ TRZEBA DBAĆ – to patrzą już na niego jak na jakiego archanioła oczami jak młyńskie koła wielgachnymi, masłem z Warlubia ociekającymi.

Oj lubimy nasz sklepik, lubimy.

A i sensację daje się czasem zasiać. Kiedy mój osobisty krzyczy przez pól sklepu do mnie:
„Kochanie!! to jakie wino ci dziś kupić? a co dziś ci ugotować na obiad? Kooochaniieeeeee – a nie wyrzucisz mnie dziś z domu jak nie zrobie prania?”

PANIE mierzą mnie wtedy lodowatym wzrokiem, wypinając pierś stroszą tapiry i pociągają ust korale czerwoną szminką marki CELIA. Suną potem kołysząc biodrami wielkości balii, pomiędzy półkami z olejem i majonezem, pomiedzy śledziem kaszubskim a parówkami z Morlin. I mruczą – jak wielkie kocicie, jak pełne gorąca, buchające parowe statki na oceanie spożywczego asortymentu:
- Mrrrrrrrrrrrrr……… z pana to sam archanioł, no niech pan nie żartuje! Takich mężczyz już nie ma….mrrrrrrrr….

Ja mam inną role – mało mówię, niemniej musze zaistnieć. Bo beze mnie przedstawienie nie ma sensu. Znaczy milczeć mam wyniośle i wywracać oczami. A i rzucić mam czasem od niechcenia:
„O jezusss nie pytaj i tak wiesz, że ja nie gotuje”, „To nie wiesz jeszcze co dziś będzie na obiad?! to co ty wiesz…phiii”.
Wydymać jeszcze usta mogę – ala Bryżit, Bardo zasadniczo. Taka rola noo…..

A wczoraj, przy kasie
- Pani ma takiego wspaniałego męża – rzuciała mierząc mnie wzrokiem królowa mrożonek.
- E tam…..- powiedziałam od niechcenia, podczas gdy Mój pakował, płacił, i zastanawiał sie na głos nad obiadem – żeby to chociaż mąż był…a to taki tam, nie mój mąż w każdym bądz razie.
- Tak tak – gorliwie zapewnił mój, chowając wrednawy wyraz pyska w celafonowa torbę z serem – Ja tylko, wie pani, tylko tak, przydupas jestem……
- Jezuuuu – królowa spłoniła raka. Jej glos i zawstydzenie zawisło nad kasą – ale jak to tak…… nie pani mąż?
- Normalnie – powiedziałam wydymając wargi – mój mąż nie gotował to wywaliłam, teraz mam tego – ten gotuje bo nie mąż. Mężowie nie gotują…..
- Pani mąż???!!!! Nie jego żona??? – zakrztusiła się królowa kas, pakując mojemu zakupy i strając sie wyłowić spomiedzy włoszczyzny jego STERANY WZROK – jak to…znaczy PANI MĄŻ??!! A ja myślałam, że TO jest Pani mąż. Taki przystojny……
Mój grał twardo. Bo rewelacyjny jest w takich rolach.
- Jej maż, jej mąż – powiedział dobijając i tak ledwo łapiąca powietrze kasjerkę – bo ja swojej żonie to też gotowałem….
Dodał i z precyzja szwajcarskiego zegarka, z półobrotu, jak to mistrz zadał śmiertelny cios:
- Ale też mnie wywaliła, pani wie – ja przydupas jestem taki……

Powiem jedno – królowa fizjonomią zaczęła przypominać karpia, ale do drzwi nas odprowadziła, drzwi otworzyła, wyłapać jeszcze parę szczegółów chcąc na koniec. Jakby jakie były…

w samochodzie Moj Osobisty zamyślił się.
- Wiesz – powiedział a oko zabłysło mu szelmowsko – teraz musisz tam pójść z Pepsem! Koniecznie! A potem z Motylem… no wiesz – podgrzać atmosferę

W drodze do domu zastanowiłam się – Kurde ciekawe co nas będzie bawić na starość…….
Nie ma strachu – napewno coś wymyślimy….

Wzruszyłam sie DOGŁĘBNIE, i wiem że to jakieś naruszenie czegoś – publikowanie publicznie nie publicznej rozmowy, bo w końcu poniekąd zawodowej. Nie mogę jednak jej nie opisać. Nie moge nie powiedzieć – milczeć nie mogę poprostu. A wszystko dlatego, że sie wzruszyłam…..

Siedzę – pracuję. Zawodowo nawet. Na zakładzie siedzę.
Telefon:

- Pani W.? – głos odrobine niepewny, niemniej służbowawy – Pani W? Pani mnie pamieta? Ja jestem ten policjant co to do pani kiedyś dzwonił, no wie pani w sprawie państwa P. Co to ich obrazili, nie?

Nie wiem jak to się stało ale widziałam jak pan policjant wyprężył pierś dodając:

- I JA TĘ SPRAWĘ TERAZ PROWADZĘ
- A no to miło gratuluje, wzrusza mnie że dzwoni pan mi o tym powiedzieć.
- Pani W. – zabrzmiało juz zdecydownaie – ja nie dzwonie „Pani powiedzieć” ja dzwonie żeby pania do nas na komisariat zaprosić!
- A co? – zapytałam roztropnie – Jakaś bibka? Imprezka? Fajnie…..
- No nieeee – odpowiedział Pan Policjant CO SPRAWĘ PROWADZI TERAZ – ja pania chce, Pani W. na świadka wezwać – Pani mi wszsytko powie co się działo z państwem P., bo oni zostali – ten no….. PRZEZ TEN INTERNET OBRAŻENI, co to go państwo dostarczacie.
- A to proszę zadzwonic do naszego działu prawnego – odpowiedziałam służbowa formułką uzywając. I wróciłam do pracy. Pan policjant baknoł jakieś ciche zawiedzione „A noo….. dowidzenia”. I odłożył słuchawkę.

Minęło pół godziny.
Telefon:

- Pani W.? – głos jakby służbowawszy, ot tego wcześniejszego służbowawego – Pani W? Ja jestem komisarzem komendy i ja jestem przełożonym tego policjanta, co to do pani dzwonił. I on tu siedzi obok! I on mi mówi, że on do pani dzwonił, a pani to wogóle, Pani W., kazała mu dzwonić do Pani ADWOKATA! No wie pani co? TO NIEGRZECZNIE!
- Eno – sprostowałam z ustami pełnymi pumpernikla, bo mi śniadanie przerwali właśnie – Eno! To nie moja wina ze pana policjant nie rozumie jak sie do niego mówi po polsku. Kazałam mu dzwonić do PRAWNIKÓW a nie ADWOKATA – no? jak pan nie wierzy to niech go pan spyta….

w tle słychać „Kazik ona mówi ze nie mówiła ci o adwokacie”, „jak to nie mówiła!!?? ja chce z nia pogadać a ona do mnie jak w jakim filmie – DO ADWOKATA DO ADWOKATA!”, „Kazik – pochrzaniłes coś”, „Ja? ja pochrzaniłem – to ona coś sciemnia!”
Jakieś chrząknięcia i powrót to tonu służbowego „Czekaj Kazik! ja z baba pogadam!”

- Pani W. – moge dać głowę że poprawił mundur mówiąc – Pani W. – NIEWAŻNE – pani przyjdzie tu i wszystko nam opowie.
- A o czym – zapytałam przytomnie wycierając z pyska resztki ostrowi z koperkiem – Hę?
- No jak to – obruszył się pan KOMISARZ – o tym internecie co to obraził państwa P. No i wszystko mi tu pani powie: jak on działa, jak go pani uruchamia, gdzie te dane trzymacie i takie tam, no wie Pani, Pani W.
- O nie! nigdzie nie ide! – powiedziałam twardo, bo twarda jestem.
- Jak to? – obruszył się komisarz – ja zapraszam!
- Ale ja nic nie wiem – dodałam udobruchana, no jak zaprasza to INNA SPRAWA – zresztą ja się w imieniu firmy nie będę wypowiadać. Ja tam nie wiem jakie dane i gdzie się trzyma. Pozatym to firma trzyma nie ja. NIC PANU NIE DAM! – dodałam coby wątpliwości nie miał
- Ha!!!! – zakrzyczał triufalnie pan komisarz – Mam PANIA! Sciemnia Pani!!! ha ha ha!!! Mówi Pani, że nie wie Pani, a potem mówi pani ze w firmie sie trzyma te dane! HA!! To jednak pani coś wie!

Powiedział Pan Komisarz i DAM SOBIE UCIĄC ŁAPE, że zmrużył oczy, przyglądając mi się świdrująco przez słuchawkę telefonu.

- O nie! – zakrzyknełam dumnie, bo ja pokolenie moralnego niepokoju jestem – Nie ma tak! Podszedł mnie Pan, Panie Komisarzu. Conajmniej jak Porucznik Halski! Cwaniula z Pana. Ale nie ma tak! Nigdzie nie ide nic nie powiem!Swoje prawa znam! Ha! ustawe o danych osobowych znam i nic państwu P. nie powiem! O tym internecie!
- Ojezu no – zirytował się Komisarz, i spuścił z tonu – Pani W. Ja pani powiem, jak to z tą ustawą jest – NO KOMISARZ JESTEM TO WIEM – to ja pani powiem czy to TE dane, a pani nie poda mi danych tylko pani kiwnie głową, albo powie tak. I nie będzie, że pani powiedziała no……
- Eno – coś przekąbinowane panie komisarz….
- Wcale nie! – zastrzegał się mój bystrzacha – Wcale nie! Państwo P. podejrzewają kto ich tym internetem obraził, pani przyjdzie pani W., JA ZAPRASZAM. Opowie pani wszystko, kiwnie głową albo chrząknie i po krzyku. I te – no – papiery niech pani weźmie jak pani będzie szła – te no CO BY POMOGŁY JAKIES NIE? Służbowe albo jakie tam…..
- Jakie papiery??!! – zatrwożyłam się, albowiem Przebiegłość była nieogarnięta Pana Komisarza – JAKIE???
- No jak to – odpowiedział wyluzowany przedstawiciel prawa – jakąś tam, taką instrukcję, nie? Tej Wirtualnej Polski czy czegoś tam, i tego całego Interesu nie? Znaczy INSTRUKCJĘ OBSŁUGI INTERNETU co to tych Państwa P. obraził……. Pewnie pani ma gdzieś, może w jakiejś szufladzie albo obok.

Dodał Pan Komisarz. I dam sobie uciąć łeb, że uśmiechnął sie mrużąc swoje przebiegłe, nieprzeniknione oczy. Przetarł błyszczące ordery, poprawił naramienniki. Napluł na orzełka na czapce i wypolerował rękawem.

Jakby co, ON ZAPRASZA…..

5 komentarzy

Pani wizażystka w studiu powiedziała:
- Musi Pani zapuścić grzywkę i zmienić okulary. Te są fatalne.
- Czyżby??? – powiedziała haniuta marszcząc brew.
- Koniecznie, teraz jest fatalnie – dodała pani wizażystka
- Cóż – skonstatowała spokojnie haniuta i zmierzyła wzrokiem: beżowe botki Pani wizażytki, sukienkę z kapturkiem typu worek pani wizażystki, kiteczki tlenionej na blond fryzury, plastikowe motylki wpięte w owe kiteczki…… i okulary pani wizażystki – złote, powiginane, cudne……

- Jeśli Pani tak mówi…. – dodała haniuta – niemniej, że jeśli chodzi o rzeczy które muszę – to wydaje mi się, że jedyne co tu muszę, jedyne czego wymaga odemnie świat, jedyne bez czego nie mogę – to ODDYCHANIE Droga Pani….. zaledwie ODDYCHANIE….

Był sobie Irlandczyk. No wiecie, kto to Irlandczyk. Taki z kręconymi rudymi włosami, co zawsze z kumplami chodzi. A przeważnie łazi na bosaka. Acha! No i stopy to ma niemiłosiernie owłosione i paznokcie pobgryzane……
No i potem spotkał Polaka. No wiecie kto to Polak. Taki co to rzucać sobą nie da, ciągle się oburza i bulgocze coś pod nosem. I ciągle zaprasza do siebie – że niby gościna u Polaka jak u nikogo. Mięsiwa czerwonego pełno, i piwska w bród! A kurdupel ten Polak – prawie jak Irlandczyk. Tylko owłosiony na mordzie coś bardziej, i ciągle chrząka. I oddycha jak parowóz. Pewnie od tego miesiwa z piwskiem, bo nadwage ma, oj ma….
A potem to sie do nich dołaczył jakiś taki laluś. Wymuskane toto, zupełnie nie jak Polak. I orientację seksualną miał chyba odmienną – bo i czesał sie i ufarbowany na blond. No i nie umiał jak Polak siekierką machać tylko se jakiś taki ŁUK przysposobił. Laluś jeden…..
No ale w sumie mily gość, choć pewnie żaby i ślimaki jadał…..
Potem było jeszcze dwóch – chyba amerykańców, bo non stop gadali o swoim ukochanym mieście – co to pomścić trzeba bo im coś tam zburzyli, czy jakoś tak. No i ściskali się na koniec jak na jakiej terapi. A potem jeden z nich umiał się zachować i umarł, a drugi wziąłby i sztandar narodowy na jaki maszt by wciągnął – ale chwilowo mu zabrakło. A bo to takie weterany były, dwa…

Acha! Jeden był stary i mądry. Taki mądry, że się elegancko z imprezy wypisał w międzyczasie. Pewnie Anglik, wszystkich pouczał i wyszedł prawie cichcem… Jak nic Szon Konery, bo siwy zupełnie tak samo.

No a wszyscy generalnie uwikłani w jakąś jubilerską sprawę, ganiali się trzy godziny w te i na zad za jednym pierścionkiem. Na dodatek BEZ OCZKA…..

A tak pozatym – MISTRZOSTWO ŚWIATA. No wiem, wiem – kolejne….

I tak sobie myślę, czy my musieliśmy sie śpieszyć tak z tym Wiedźminem? No musieliśmy być pierwsi? A tak by się napisało do Pana Petera Jacksona (to ten od DZEKSON FAJW?), co by pożyczył ze dwa Orgi – mogą być zepsute, bo widziałam sama – PEŁNO ICH SIE PO ZIEMI WALAŁO, dorzuciłby jakie schody, sztuczne ognie, ośmiornicę a może i aktora co zupełnie gotowy wiedźmin – tylko, że tam nazywa się obieżyświat. No to przecież prawie to samo a w przerwie na herbatę skręciłby parę scen dla nas. No i myślę, że mógłby Panu Reżyserowi Wiedźmina dac coś jeszcze. Coś bardzo cennego – a mianowicie dobrą, sprawdzoną radę:

Że zasadniczo czasem bywa pomocne przeczytanie wcześniej książki, wg której chce się nakrecić film, chociaż może tylko podobno…..

Bo jak widać u nas jeszcze na to nie wpadli…. a bo do nas to zza tego oceanu to nowiki później docierają….

O słoneczniku miało być, no ale - NIE BĘDZIE. Bo jak opowiem o słoneczniku, to zaraz będe musiała o: kabanosie, kocie, morzu sródziemnym, i Arku M. który w skarpetkach wchodził do wody bo bał się jeżowców. Zaraz by musiało być o ty jak wuj Raaf śpiewał przez rurkę, a mąż księgowej udawał łosia…..

Jak o 3 nad ranem poszłam z chłopakami kupić do knajpy jedną cytrynę – bo nam do tequili zabrakło, i jak pan w wypożyczalni samochodów płakał krwawymi łazami jak figura matki boskiej JAKIEJŚTAM po obejrzeniu samochodu, który mu radośnie oddaliśmy…

Bo dziś na specjalne życzenie Basi – będzie o JURKU. No i dla koleżanki co Jurka pamięta….
A Jurek to postać, że HO HO! Wielka postać – gabarytowo!
A było to tak:

Pracowało się onegdaj w takiej firmie, co to za właścicielem z karabinem latali a bombe dostawał w komplecie z mlekiem pod drzwi co dzień rano. A taki – fantazyjny gość. No i firma fantazyjna była – pełna gości – generalnie FANTAZYJNYCH (a taki np kolega o ksywie „SZYBKI” co potrafił 3 razy do windy wejść i z wyndy wyjść zanim drzwi się domkneły, porsche jeżdził a w nosie nosił platynową rurkę – a taki, fantazyjny gość…).

No i któregoś dnia poznałam JURKA!

Jurek zasadniczo, pobieżnie miał gości fantazyjnych ochraniać, a właściwie ZASŁANIAĆ – no i nie było watpliwości, że najlepszy w tym jest, bo za jego plecami pół szkoły żeńskiej włokniczej, by się zmieściło a i na autobus zaparkowany miejsce by zostało. Bo Jurek szeroki był. Oj szeroki…..

A poznałam Jurka kiedy przyszedł fakture przynieść. Za zasłanianie generalnie. Cholernie drogie mi się to zasłanianianie wydało – sadząc po kosztach – ale jak się okazało Jurek posiadał taki urok, że warty był każdej wydanej złotówki:

- HEEEEEEEEEEEE – zagaił inteligentnie Jurek błyskając oczami w łysej, rzucającej refleksy czaszce – JUREEEEEK jestem nieeeeeeeeeeeeeeeee….
- Fakture mam, nie?
- A dziękuje – wyjełam wymientolony skrawek papieru spomiędzy palców wielkości solidnych serdli – zaraz się ktoś tym zajmie, może pan usiądzie?
- Eeee nie – uśmiechnął się Jurek czule – nie mnieszcze się sie, nie??? Na kanapie zasadniczo się nie mieszcze nieeeee???? Zasadniczo na krzesłach sie nie mieszczę nie? Hłeee hłeee…
- A no tak – zreflektowałam się – to może podpisze Pan fakturkę, bo chyba nie podpisana – powiedziałam podając długopis.
Jurek wysunął wielką łape – Nieeeee, nie mogę nie…długopis mnie sie nie trzyma łap zasadniczo hłeeee hłeee….

Rzeczywiście w Jurka łapie nie mieściło się nic, no właściwie PRAWIE nic – bo idelanie dopasowany, lekko wrośniety, leżał na niej piękny i błyszczący telefonik komórkowy….
W międzyczasie ktoś wbiegł po schodach, a że firma była nad chmurami Jurek się zdziwił:
- Ooooooo – powiedział pokazując serdlem na drzwi – jak ja bym tak wbiegł to bym umarł, nooooooo
I sie zamyślił…….
- Nooooooooo – zagaił znów Jurek słodko sie uśmiechając – bo ja już zasadniczo nie mam kasy nie? To ja zadzwonie do Prezesa.
- Panie Prezes nie? tu Jurek – bo ja zasadniczo kasy nie ma nie? A musze te noooo – teee koksy kupić nieeeee na muły panie Prezes – zapłacisz pan szybko??

I zapłacono Jurkowi, który sie zasadniczo nie mieścił – szybciuteńko – bo Jurek potrzebny jest. Duży szeroki i urokliwy, i nie mieścił się….. zasadniczo.

A Barbarella podejrzewam do dziś się w nim kocha, bo gdzie tacy mężczyźni no gdzie? Fantazyjni, wielcy, którym długopis łap się nie trzma…

Tak właśnie – SAMOLOT! (taki pojazd co lata) I przypomniała mi, że moża ja nie ułan ale fantazji mam czyba NIEMNIEJ….

I takNIEMNIEJ PONIEKĄD fantazją w kierunku okołoterrorystycznym się wykazałam, onegdaj. A było to tak:

Wybrałam się kiedyś na pierwsza wycieczke zagraniczna. Samotnie! Moje dziecko skończyło 5 lat a ja jęczałam tak długo – aż rodzina zrobiła zebranie i w efekcie zebrania – zbiórke. Coby mnie wysłać i mieć spokój święty na conajniej tydzień. Dyżury przy dziecku wyznaczyli a mi wciskając w garść drobne na drogę, kazali się zamknąć i podążyć za zewem. Zewem wolności.

Po pierwszym w moim życiu PRZELECENIU SIĘ maszyną latającą wysiadłam zaaferowana na Krecie – wyspie na morzu Śródziemnym i udałam się grzecznie z wszystkimi na odprawę celną. I nagle okazało się, że z samolotu zapomniałam Walkmana – mojego UKOCHANEGO, WYPIESZCZONEGO, DOPIERO CO KUPIONEGO. A co najgorsze przypomniało mi sie to, już po odprawie celnej.
No i jak to tak? zostawić???

No to wyrwałam sie z grupy wycieczki i se myśle – przejdę przez drzwi odprawy – nikt nie zauważy – bo panowie zajęci, samolot pewnie tam sobie grzecznie stoi, wejde do niego, zabiorę po cichu walkmana i po sprawie. BUŁKA Z MASŁEM!

A mimo wszystkol, okazało się że wcale tak nie do końca z masłem, bo:

1. Jak zobaczył celnik, że mu jakaś baba spowrotem na lotnisko biegnie to pognał za mną uzbrojony, i jakoś wogóle nie chciał się wyluzować na moje uspakajające machnięcia ręką….
2. lotnisko to nie taki pikuś jak myślałam – okazało się, że wielka płyta i non stop coś lądowało, ale wiadomo – SAMOLOT nie FIAT MALUCH to i ominąć można jak sie biegnie tak jak ja – a biegłam szybko…
3. Jak zobaczył strażnik ze lecę już po pasie startowym, pomiedzy startującymi samolotami, a i lądującymi to się sam trochę BARDZIEJ przestraszył i postanowił autobusem mnie gonić…
4. Samolot LOTU, w którym został mój walkman to wcale nie stał tak zaraz tam gdzie wylądował – tylko kołował już na pobocze – ale co to dla mnie – trza było tylko DOPAŚĆ GO W TRAKCIE – a jak wszyscy wiedzą SAMOLOT nie FERARI, jak kołuje to wcale nie tak znów szybko…..

Powiem jedno – mina pani stewardesy jak zobaczyła mnie wpadająca do samolotu, czerwoną od biegu i spoconą, z okrzykiem „JA TYLKO PO WALKMANA BO ZAPOMNIAŁAM” była ciut dziwna………

no i potem odstawiali mnie już w pełnym rynsztunku – autobusem, z celnikami – a pani stewardesa trzymała mnie za rękę cobym znów nie wpadła na pomysł pobiegać sobie po płycie lotniska w trakcie startów :-)))))
Ale walkmana ODZYSKAŁAM :-)

PS. Mówiąc nieskromnie baśka mówi o mnie że nawet kalafiora potrafie ugotować na ostro, no coś w tym musi być…..

24 komentarzy

Bo ja bym chciała zasadniczo pobieżnie w tym samym temacie co Barbarella. Tylko może odrobinę mniej naukowo.
A chodzi drodzy Państwo o osławiony i rozpropagowany przez niejakiego Pepseego tzw Koniec Świata. Co to modny jest ostatnio, twarzowy, nosi się do wszsytkiego, a datuje na 2059.
No to ja chciałam powiedzieć, że może nie znam się na ociepleniach, odsoleniach, przesoleniach (choć tu to bym jednak zastanowiła się czy się nie znam! bo przesalam koncertowo, a i dosolić potrafię…), prądach cieplnych, skorupach ziemskich, i innych żyjątkach co to mają zdechnąć, a jeszcze nie zdechły, choć generlanie ZDYCHAJĄ.
Ja Prosze Państwa zasadniczo – obserwuję. Taki np – zwykły dzień. I tak:

- OOOO racuchy!!- powiedział wyjmując z lodówki ketchup i majonez mężczyzna osobisty, dwuletni już prawie (kurde! jak nic przestanie na niego obowiązywać gwarancja..).
- Niezłe, całkiem fajne rachuchy robisz. Z jabłkami, prawda? – zamruczał zadowolony wkładajac do ust MOJE słodkie racuchy z jabłkami polane mieszanką majonez – ketchup w proporcjach pół na pół.

Delikatnie uniosłam brew……

- No wiesz, nie wiem czy to… – nie dane mi było skończyć bo do kuchni wpadło dziecko – osobiste prawie 10 letnie (dawno po gwarancji).
- Mamoo!!! – wydarło się od drzwi wogóle nie zwracajac uwagi na moje „NIE DRZYJ SIE”
- Sie zastanwiam, mamo – kontynuowało drąc się, a w przerwach drapiąc po głowie, co miało być niewątpliwie oznaką IŻ MYŚLI – Zastanawiam się mamo. i wogóle nie rozumiem jak to jest? Że ty masz 25 lat, nie? A przecież masz kryzys trzydziestolatki!!!TO JAK TO JEST??

Nie dane było mi trzepnąc gnojka w łeb i dyplomatycznie zapytać CZY LEKCJE ODROBIŁ jak taki jest świetny z matematyki, bo właśnie zadzwonił telefon…..
- Musze ci coś powiedzieć – w słuchawce zaszeptał konspiracyjnie mój dziadek – Słychaj – trzeba ostrzec rodzinę. Twoja matka to już przesadza, miasto jest portowe, ja rozumiem, ale ona przyjmuje 50 mundurowych dziennie. Oknem ich wpuszcza. I słuchaj – kontynuował dziadek szeptem – ja pytałem Piłsudskiego. ONI NIE SĄ Z NASZEGO ODDZIAŁU! a pozatym jak leża na podłodze to ja nie moge złotopolskich ogładać! A kardynał Glemp wogóle nie moze wyprostowac nóg. Trzeba ostrzec…….

Nie ostrzegł – bo zadzwoniła właśnie komórka.
- Hanusia?? – śpiewnie zatrajkotała ciocia Krysia – Hanusia włacz telewizor na pierwszy program!!! Szybciutko….
- Nie mam telewizora – westchnełam ciężko, wiedząc co będzie dalej – Przecież nie mam już ponad rok….
- No co ty!!! – ciotka zdziwiła się jak zwykle zaskoczona po raz 45 tym samym – dlaczego?
- Bo jestem norweską śpiewaczką operową! – wyryczałam lekko rozstrojona do słuchawki – w soboty pieke chleb i układam go sobie na głowie, tańczę bawarskie tańce ludowe i mam bleszczate oko, chroniczną alergię na język bułgarski, a moją babcią była cyrkowa artyska pochodzenia lapońskiego - I NIE MAM TELEWIZORA OD ROKU, BO NIE!
- Ojtam – spokojnie kontynuowała ciotka – Oj o tej noreskiej piekarce, co w cyrku tańczy bułgarskie tańce to wiem, wiem. Hanusia – to nic nowego – ALE NIE MASZ TELEWIZORA? A CO??? POPSUŁ SIE? POŻYCZYC CI??? No bo gdzie będziesz pogodę ogladać, no i wiaodomości. Bo wiesz ja mam takiego znajomego, on ci naprawi jakby trzba było…….

Poddałam się…….
Koniec świata prosze Państwa, jak nic idzie koniec świata. I żadne tam robaczki, żyjątka, prądy, skorupy ziemskie i analizy chemiczne. Wystarczy żeby sobie poobserwować, zasadniczo taki np – zwykły dzień….

PS. Wieczorem dostałam smsa. Numer nieznany – treśc „To ja twój pingwin, nie dobrze mi…”
Wogóle się nie zdziwiłam, a pingwinowi się też nie dziwię – koniec świata idzie….. Ma prawo mu być niedobrze…..

PS. Na wszelki wypadek poleciałam po pracy na dworzec głowny i nabyłam drogą kupna pierścionek z ametystem za 14 zł – jakby co – jak już ma się kończyć ten świat – to ja go pożegnam w biżuterii – JAK DAMA……


  • RSS