haniuta blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2002

….

23 komentarzy

- Chłopaki no kończymy pić, i do roboty! Trza komuś jednak dać w tym roku jakiegoś. No leżą i się walają…
- E eee a kto jeszcze nie miał?
- No – przewodniczący kończył dłubać patykiem w zębach – Zasadniczo wszysycy. Zaraz, zaraz – właściwie to jeszcze MURZYN NIE MIAŁ!
- O murzyn! – zamruczało gremium odrywając sie od butelek. Podniosło wzrok znad krzyżówki panoramicznej i dodało nostalgicznie – zasadniczo murzyn……
- No dobra – niecierpliwił się przewodniczacy – ale może coś konretniej, czas leci – MAMY TAM JAKIEGO MURZYNA PANI ZOSIU?

Pani Zosia nerwowo wertowała papiery:
- Jest jeden chińczyk, japończyka mamy ale chyba umarł? – powiodła wzrokiem po gremium w poszukiwaniu odpowiedzi, ale gremium milczało jak grób – no mamy jeszcze takiego bułagara rumuńskiego żyda z jugosławi co muzyke piszę, paru polaków mamy – w tym jeden mały co ma duża żonę, jednego zielonego mamy, ten rudy z włochatymi stopami jest, no a murzyna? AAA mamy JEDNA Z CYCEM MAMY! i JEDNEGO Z KRZYWYM ZĘBEM!

- Oooooooo – zaszumiało zainteresowane gremium – Z WIELKIM CYCEM?

Pani Zosia przewertowała dokładniej kartotekę:
- Noooo, zasadniczo nie tą której obraz Van Klomp namalował a zwiniety w kiełbasie francuski ruch oporu ukrywał – ALE, ALE grała ostatnio no, jak to się nazywało, nooooo ….w KOZIE DOSTEPU GRAŁA! a ten od zęba to kiedyś sparalizowany leżał i gonił morderce, znaczy dobry był!
- Dobra – DAMY IM – zadecydował przewodniczacy – DAMY IM I MAMY Z GŁOWY, praca intelektualna zdecydowanie mi nie służy….
- Oskara w kategorii WIELKI CYC – Pani Zosia napluła na ołowek kopiowy i skrzętnie zanotowała. Papier pakowy zaskrzypiał – Oskara dostaje…….

- No to panowie strzemiennego i spadamy. Pani Zosiu – resztę rozda pani alfabetycznie, i jednego niech pani wymyśli SPEKTAKULARNEGO, no i żeby GÓRA PO DWA BYŁY… no i żebyśmy na tych no – DEMOKRATÓW wyszli, Pani Zosiu – zasadniczo!

- Mamo zrobiłem postanowienie na post – zakomunikowało moje dziecko dumnie.
- Że, co??!! Na jaki post?
- No kazali nam coś na post przyrzekać, znaczy wiesz – że będziemy coś tam nie jedli nie pili, czy jakoś tak. No w sensie że święta ida! Mamo, no! Świeta, post, wielkanoc, zając, jajko – kumasz?
- I ty postanowiłeś coś? NA POST? – nie mogłam wyjść z zadziwnia które opadło mnie nagle, przejmująco, dramatycznie. Choć zaczynałam powoli kumać…
- Noooo – dumnie wypieło pierś moje dziecko – nawet się siostra zdziwiła, że ja też. I powiedziała o mnie, że jestem TWARDY I BOHATER, i że modliła sie za mnie i na intencję nawróceń, i że widać nie na darmo!
- A coś ty jej POSTANOWIŁ?
- Powiedziałem, że do Świąt i nawet po Świętach NIE BEDĘ WOGÓLE OGLĄDAŁ TELEWIZJI W DOMU – że tak postanawiam i nie bede. Że rezygnuję! Trochę się nawet walnąłem w piersi pięścią, żeby było tak – wiesz – MOCNO. Siostra biła brawo a chłopaki patrzyli na mnie jak na hiroła, że taki twardy jestem. No ale tylko te chłoapki co to u nas nie były jeszcze….
- Ty – zreflektowałam sie – a powiedziałeś jej, że jakbyś nawet chciał to nie zabardzo możesz oglądać – BO MY NIE MAMY TELWIZORA JUŻ, ZE DWA LATA?
- COSTY! – obruszyło sie moje dziecko – to było o POSTANOWIENIACH a nie o tym co KTO MA! A pozatym, nikt nie pytał – sama mówiłas kiedyś że trzeba MIERZYĆ SIŁY NA ZAMIARY.
- Acha!! i jeszcze jedno – dorzucił młody odpalając komputer – o grach nic nie przyrzekałem, także jakby co TERAZ BEDE GRAŁ W WLFENSZTAJNA a lekcje zrobie potem……

jakby co….

11 komentarzy

Wiem – jestem upierdliwa. Stara, upierdliwa i się przyczepiam. Jestem stara, upierdliwa, sie przyczepiam i jestem wredna! Wiem, wiem……
No, ale od poczatku.

Jest taki okres w historii i takie miejsce na globie ziemskim, na których punkcie mam delikatnie mówiąc LEKKIEGO PIERDOLCA. (powiedziałam „pierdolca”? ee – nie możliwe – damą jestem). I kiedy o nich mówię to sie ślinię, drga mi powieka, oko błyszczy.
No ale do rzeczy – Londyn 1888 rok. Ładna data prawda? Londyn w okresie kryzysu, Londyn śmierdzacy dokami. Londyn zamglony, mokry, zimny.

Tolerancja mojego ślinienia się obejmuje jakieś 7 lat od czasów kiedy grasował legendarny golem z Limerhouse, akurat dokadnie wtedy kiedy kolega Simes wymyśla pierwszy tramwaj elektryczny.
Od dwunastu lat działa telefon, od jedenastu fonograf, od dziewięciu żarówka – a ciągle nosi się krochmaloną bieliznę, cylindry i gorsety. Najdonoślejsze wynalazki, przełomowe odkrycia medyczne. Czas Puszkina, Dostojewskiego, Balzaka, Dickensa. James Ward pisze „Psychologię” rozpoczynając na Cambridge nowy okres w dziejach medycyny, Nietzche kończy „Genealogię moralności” i zapada się w ramiona obłedu, Richard Strauss komponuje „Śmierć i wyzwolenie” opus 24. W tym samym czasie w portowej dzielnicy Londynu bieda rozpozciera ramiona. Wszędzie wciska się zapach rzecznego mułu i dżinu. Na wszystkich spogląda portret Doriana Graya…

Londyn 1888 rok, słupy latarń, ledwo przedzierające się światło, echo kroków we mgle, widmo Mackie Majchra. Śmierdzące doki, zapach smażeniny, wrzaski we mgle. Bieda zatyka nosy smoim smrodem. Dziwki portowe i bezpańskie psy, gangi uliczne i biedacy w suterenach. Zatkaj uszy, zamknij oczy – słyszysz?

31 sierpnia 1888 – Mary Ann Nicholls, później Annie Chapmann…
Dzielnica biedoty – Whitechapel.
Ulice pustoszeją. W pubach opowiada się o Remicku Wiliamsie, który w 1790 roku wypatroszył 30 kobiet. Policja dostaje list:

„Nie jestem Żydem, ani rzeźnikiem, a jeszcze mniej cudzoziemskim marynarzem. Jestem tylko waszym starym i oddanym przyjacielem, który przesyła wam wyrazy szacunku” podpisano: Jack the Ripper.

I to jest włąśnie moje miejsce i mój czas. Ręce mi się trzęsa nad każda książka, każdym artykułem, każdym dokumentem tamtych czasów. Także sami rozumiecie, że jak tylko pojawił się w kinach film w temacie to porwałam dorotaka, porwałam dorotakową siostre i krzyknełam:
- KUBA ROZPRUWACZ W KINIE! Natychmiast idziemy.
- Kto gra – zapytała rozsądnie dorotak.
- No jak to kto?? LONDYN! LONDYN I JACK THE RIPPER – darłam się już w biegu gnając do biletowaj kasy.

I co?

I… wiem – jestem upierdliwa. Stara, upierdliwa i się przyczepiam. Jestem stara, upierdliwa, sie przyczepiam i jestem wredna! Wiem, wiem……

No ale – mili państwo – Bilbo Baggins jako morderca wszech czasów? Jako widmo rozpływające się we mgle – wogóle się nie rozpływał! W dodatku za mało widmowy a za bardzo konsumpcyjny – scena kiedy serce gotuje w czajniku nad kominkiem – to już moim zdaniem lekkie HALO!?
Cały urok, jeśli mozna mówić o UROKU, Kuby Rozpruwacza to to, że tak do końca nie wiadomo, kto, czym i dlaczego. I chociaż pokażecie mi 14 John-ów Deep`ów – to powiem wam PANIE REŻYSER na Kubie Rozpruwaczu i MOIM Londynie to się guzik znacie!

Mistrz Alfred zwany Hitchcock powiedział kiedyś:
„Kilka całkiem przyjemnych morderstw było dziełem zawodowych zbrodniarzy. Jednakże, zuważywszy wszystko to, co najciekawsze w tej dziedzinie, jest dziełem amatorów. Amatorów wybitnie zdolnych, ale amatorów”

A pan panie reżyser, zawiodłeś mnie pan…..
Pozostaje tylko:

Zamknij oczy i zatkaj uszy – usłyszysz skradające się we mgle kroki Kuby Rozpruwacza, poczujesz jak w twój nos wdziera się dojmujący zapach rzecznego mułu. Usłyszysz wrzaski z pobliskiego pubu. Patrz jak przebiega obok osoba w płaszczu koloru ściany, któremu błysk noża dodaje odcienia ostatecznego. Zamknij oczy i zatkaj uszy….

Mam pralkę. W sumie to żadna rewelacja, nie ma się czym chwalić za bardzo – bo pewnie każdy ma. Przynajmniej JAKĄŚ. No ale ja mam pralkę na balkonie, a to podejrzewam nie zbyt popularne miejsce dla pralek. Niemniej u mnie stoi. Od czasu, kiedy jej miejsce w łazience zajęła młodsza, szybsza i ładniejsza – jak to w życiu……

Wywalając starą do pralkowego hospicjum na balkon, mieliśmy mała nadzieję, że podzieli los odkurzacza. Odkurzacza, który raz wyszedł – DOSŁOWNIE NA CHWILE- na balkon i tajemniczo zaginął. Do dziś nie wrócił. Ktokolwiek widział, kto kolwiek wie…. i takie tam.

(chciałam już nawet robić komputerowy portret odkurzacza po latach, bo może się zestarzał po tych latach i błąka się i wrócić do domu nie może…)

No w każdym bądź razie, liczyliśmy że pralka też poczuje wiatr we włosach (znaczy chyba bębnie!), kryzys wieku średniego CZYCUŚ i pójdzie w długa sama. Bo wynosić samemu to scierwo trochę gorzej…..

A staruszka siedzi jednak do dziś – przycupnięta już kolejną zimę, wystawia się na nia żółwia na lato, zimą garnek pomidorowej, wiosną siada na niej kot….

Aż do soboty, bo w sobotę znad kotleta sojowego poderwał mnie spanikowany głos.

- PROOOSZEEEEE PANIIIIII PROSZEEEE PANIII OD TEJ PRALKIII!!!!! – darł się ktoś spod balkonu.

„Oho!” – myśle se - „Oho!! ostatni desperacki wyczyn mojej pralki?? Wzięła się i rzuciła na ludzi?? Może sie wściekła, że nie zracamy na nia uwagi, że tak przedmiotowo w sumie traktujemy, że od lat z nami i taki los…. i postanowiła spektakularnie zaistnieć, ten jeden jedyny raz mszcząc sie na rasie ludzkiej – ZA WSZYSTKIE POLARY NIESPEŁNIONE!”

No nic, przełykając kotlet z siana, pełna wyrzutów sumienia – polazłam zebrać szczatki, tego kogoś, kto się darł – to pewnie już konał, albo i skonał….

Pod balkonem stała lola z jamnikiem. Lola w karakułach z łańcuchów polimerów, lola……

- To pani pralka? – rzuciała lola jakby mimochodem.
Odpowiadać, czy nie? Szybka decyzja, bo w końcu może jest z towarzystwa przyjaciół… no nie ważne – ODPOWIEDZIALNOŚĆ ZA SWOJA PRALKE BIERZ – zapaliła sie lampka w głowie.
- Moja! – odpowiedziała dumnie wypinając pierś – Moja Ci ona!
- Acha – rzuciał lola znów. Filuternie kręcac smyczą jamnika (jamnik z lekkim wytrzeszczem zsiniał i zawisł na skreconej smyczy)
- Zasadniczo JA BYM JĄ WZIEŁA! By mi się nadała, nie? Działa? ODDA MI? – dodała robiąc minę PRAWIE WŁASCICIELA.

No, nic – myślę – każdy kiedyś odchodzi, trza się z tym pogodzić, może jej tam lepiej będzie…

- Dobrze – powiedziałam cicho spuszczając oczy, lewą ręka niby niechcacy pogłaskałam staruszkę – Oddam….
- No – lola ewidentnie była zadowolona – Jak odda to dobrze. To kiedy mi da? Już? A przyniesie mi? Bo ja mam męża ochroniarza i on na nocki robi, a ja sama – tu zafalowały polimery ułożone w łańcuch o kształcie karakuł, jamnik chrząknął – SAMA NIE DAM RADY!

Oooo – zawrzało mi trochę. Zabiera mi staruszkę i jeszcze mam jej nieść? W ostatnia drogę z nią iść? Ja sentymentalna jestem! Mogę się załamac, łzami zalać, zrozumieć…. O NIE!

- To ustali z mężem, i sama po nią przyjdzie – powiedziałam twardo trzaskając drzwiami od balkonu – W tygodniu! w tygodniu bywam po 19! – dorzuciałam już przez okno, bo jamnik wywalił siny jęzor i syczał – a ja za delikatna jestem na takie sceny.

I zapomniałam….

A wczoraj z Osobistym mężczyzną poddawałam sie rozkoszy wypełninia PITU, pitu za pomoca komputera.

- O! Musisz im oddać 40.000 zł – co chwilę rzucał znad ekranu Osobisty – a nie! Teraz oni ci oddadzą 34 0000. Albo wypełnie to tak i teraz… O! Teraz wyszło ze zarobiłaś w zeszłym roku 3400 zł brutto a podatek odprowadziłaś w wysokości 7.600…..

Już zaczełam się zastanawiać czy PIT to skrót od Prosze I Ty wylosuj sobie podatek. Coś jak kulki w totolotkowej maszynie, czerwona kulka numer 4 zielona kulka numer 5 niebieska….

Z zadumy wyrwał mnie dzwonek do drzwi – Oho !- pomyślałam – szybki ten Urząd Skarbowy, ale żeby o 22.30?? no halo…

Za drzwiami stała lola. Lola i karakuły w łańcuchu polimerów, albo polimery w łańcuchu karakułów.

- Jestem! – wyszczerzyła plomby – Jestem. To da mi pralke!
- Ale jak? – zastanowiłam sie drapiac w głowę – Jak sie pani zabierze, sama….
- No właśnie – powiedziała rezolutnie lola – sama nie dam rady, to pomyślałam, że da mi wózek! Napewno ma! Włoży mi na wózek i mi da!
- Jaki wózek? – zapytałam nieprzytomnie bo w głowie mi jeszcze były, dochody, przychody, odchody… – JA NIE MAM WÓZKA!
- Jak to!??? – wyraźnie zirytowała sie lola – musi mieć! To ja na jutro już mam ELEKTRYKA UMOWIONEGO DO PRALKI! TO JA TU PO NOCY PRZYCHODZE! Bo ona nie pracuje normalnie! Tylko do wieczora i nie ma jej w domu, żeby mi moją pralke dała! To jeszcze mi mówi, że wózka nie ma?!

Karakuły falowały niczym Ocean Niespokojny. Wsuneła nogę w buciku typu pęcina, łypneła złym okiem na mojego Osobistego

- O! – wskazała palcem wyposażonym w BRELANT – O ten tam, ten łysy! On mi nie może przynieść? Co? Bo co on tam w sumie robi???

O! tego za wiele – błysnęła mi w głowie myśl – wózek chce mój, moja staruszkę i mojego Osobistego?!

- Ten tam – rzuciałam nonszalancko – ten tam to NIE OD NOSZENIA JEST! NA WÓZKI!

I trzasnełam drzwiami. Jeden polimerowy karakuł zafurkotał i wpadł do domu………..

Wróciłam do kuchni, spojrzałam na Osobistego…..
- A właściwie, ty łysy! To co ty tu robisz? Nie ponosiłbys trochę pralek ludziom zamiast tak wisieć na doktoratem? Hę? Wózek masz?

Osobisty, co ma cierpliwość do mnie nie bywałą, pogłaskał mnie po głowie protekcjonalnie i otworzył piwo Tatra Mocne. Uśmiechnął się pobłażliwe, wcisnął mi w rękę butelkę i wrócił do olbiczania……

Chyba kupie se karakuły, w przyszłym roku już napewno – pomyślałam dolewając soku grejfrutowego do SAKRAMENCO MOCNEJ TATRY…..
-

Nie będzie zadnego opisu imprezy. Poza tym, że dostałam jakies 300 smsów o treści „Eno!! żyjesz czy się rozsypałas po tej 30-stce”, lub też „No nie martw sie Hanka masz przyjacił jesteśmy z Toba”, lub też „Spisz? Aaa no pewnie spisz starzy ludzie chodzą wcześniej spać” – wszystkich otrzymanych od PRZYJACIÓŁ. TO BYŁ TO ZUPEŁNIE NORMALNY DZIEŃ i w sumie nie ma co opisywać…..

Ale, nie ma tak lekko! Opowiem wam (jak to matka, żona i kucharka) o: dziecku, lekarzu i robakach. W rolach głównych. W pozostałych rolach występują – laboratorium medyczne, pani pielęgniarka buro-zęba rzeźniczka, brzuch (w sensie STOMAK), krew (wyjątkowo solo – bez czaszek kości i pleśni).

I tak:

Dziecko boli brzuch, zasadniczo boli przewlekle z szczególnym naciskiem na bóle OKOŁOKLASÓWKOWE, niemniej mądrzejsza doświadczeniem mojej mamy (której to siostra moja osobista, a jej córka rodzona – rosła, rosła, rosła i jakoś przestać nie mogła; a pan doktor na pytania czy dziecko w wieku 7 lat to normalne że ma 165 cm wzrostu, kiedy matka ma 158 cm – mowił : ROŚNIE ROSNIE NO I CO? KIEDYŚ PRZESTANIE! WITAMINY DAĆ JAKIEŚ – NAJLEPIEJ „C” – „C” pomaga na wszystko…. I dopiero Inny pan doktor się za łeb złapał po latach i krzyknął „JEZUS MARYJO – SZPITAL!! NAŁ”); no więc bogatsza o te doświadcznie postanowiłam dziecko ZBADAĆ. A nuż, jak będą chcieli na organy kupić to będę miała glejt, że zdrowe. Wiem, jak jest – mam wytatuowaną pentelkę na ramieniu, dawcą jestem – jak trza będzie to dziecko oddam – CZEGO SIĘ NIE ROBI DLA NAUKI!

No więc, chwyciłam dziecko za łąpe i zaciągnełam do laboratorium. Rzeźniczka z dzikim wzrokiem przywiązała moją latorośl wężem gumowym do krzesła, uśmiechnęła się zza zepsutych zebów i wyszeptała:
- Nie bedzie złociuteńki boleć, nic a nic! NAPEWNO..

Dam se uciąć głowę, że rdzawe plamy na fartuchu to…… Przeszedł mnie dreszcz grozy, młody natomiast dzielnie rozejrzał się wokół. Zlustrował sytuację, ocenił szanse i powiedział:

- Jak gram w taka grę co trzeba przed szalonym pielegniarzem uciekać w psyciatryku, to zupełnie WYGLĄDA TAK SAMO! – opleciony jak baleron gumowymi rurkami puścił mi oko – Ty się nie bój, jakby co to ja tą gre przechodziłem najszybciej, Karol wogóle nie umiał zatłuc…..
- Prawda, że nie boli – przerwała nam syczący szept.
- Boli – rezolutnie odpowiedziało moje dziecko patrząc oprawcy prosto w oczy (PO KIM ON TO KURDE MA!)- Pewnie ze BOLI!
- Nieprawda – upierała się pielęgniarka – Nieprawda! Przecież się nie wyrywasz!
- Jakbym pania tak przywiązał, to ciekawe czy pani dała by radę się wyrwać – zripostował młody.

Krew została pobrana, stysfakcja nie została dostarczona, dziecko odwiązano i (dam se głowę uciać, że z żalem) zostało oddane matce – czyli mi.

- Wrócić – zasyczała znów buro-zęba hydra – wrócić po WYNIKI! O 15! Czekam!

Brrrr…..

Jak się później okazało – wyniki wcale to, a wcale nie były takie fajne. W moczu fosforany, pełno jakiś trój-fosforanów, we krwi ASPAT powyżej normy dorosłego człowieka. Pognałam tedy w kierunku odwrotnym – do Lekarza. Pora już co prawda późna była, ale dziecko mam egzemplarz JEDEN to dbam, nie? Bo rodzić kolejnego by mi się nie zabardzo chciało….

- Dzień dobry panie doktorze – mówię – mam wyniki Adama, średnio fajne.
- Jakie wyniki – Pan doktor sie otrząsnął z drzemki nad receptą. Przetarł oczy, wytarł okulary w fartuch – Jakie?
- Noo te co miałam zrobić – tłumaczę – krew, mocz, ASPAT, ALAT….
- Co mi tu pani daje! Ja tych nie chce! Bez rozmazu nie będe wogóle ogładał – zaburczał wyraźnie znudzony lekarz – te wyniki to tam ciekawe wcale nie są….
- No ale kazał Pan zrobić TE!
- Kazałem?
- No tak…….
- No dobrze – znudzony nadal, lecz już poniekąd udobruchany pozwolił sobie włożyć w łapy fiszki z laboratorim. Rzucił okiem nieprzewracając na druga stronę nawet.
- ROBAKI – zdiagnozował z prędkością swiatła – Napewno robaki. NAstępnyyyy!
- No ale … – pełna podziwu dla szybkości wydania diagnozy, postanowiłam jednak podrążyć temat – Nooo ale…. no, ale fosforany to.. to chyba nerki? Może piasek? a ten ALAT – to wątroba, a Adam mówi że boli go brzuch i….
- ROBAKI!!!POWIEDZIAŁEM ROBAKI! – zirytowany głos znad zaparowanych okularów sprowadził mnie do odpowiedniego poziomu – Robaki i już! Jakby miał nerki chore to by go plecy bolały. Bola plecy?
- Nooooo nie…. – moje dziecko uciekło przed łapą która miała zbadac nerki waląc go po plerach – Wogóle nie!
- No ale – beszczelnie drążyłam dalej – jak ja miałam chore nerki to bolał mnie brzuch!

Rzuciałam szybko kulac się na krześle. Pan doktor pochylił się nade mną wisząc jak wąż kobra nad wiklinowym koszem.

- Mówię ROBAKI! Może i może brzuch boleć przy nerkach, może może. Ale dziecko byłoby ANEMICZNE a nie jest, bo jakos przyszło!!! A w wyniki badań bym nie wierzył – Pani wie jak oni je robią w tych labolatoriach???!! Ciągle się mylą! ASPAT jest napewno w normie tylko się PO MY LI LI! Ja mówie ROBAKI to ROBAKI! a jak nawet nie owsiki, to jakaś glizda, jakis tasiemiec! Pani wie ile jest robaków na świecie??!!!!

- Nooo, dużo – wyjąkałam bo nie sposób było nie przyznać racji – CAŁA MASA!
- No właśnie – powiedział pan doktor ustysfakcjonowany i rozsiadła się już wygodnie – Sama pani widzi! Robaki, Robaki. Pani sama ma już napewno robaki. Wszyscy macie robaki. MASZ BRZUSZEK PEŁEN ROBALI NIEEEE???? bbubuuuuuhahhaaaahhaaaa. NASTEPNY!!!

Robaki, robaki – wyszliśmy tępo powtarzając – wszyscy mamy robaki, tysiące, miliony robaków, setki robaków, rodziny robaków, tata robak, mama robak, synek robak, dziedek robak, babcia robak…..

To jakby co, to TO, to już. Od dziś gremplinowa garsonka, trwała u pani Mariolki płynem 1-2-3 i tleniony blond perhydrolem.
Fioletwa siatka z rozciąganymi oczkami na kartofle, i mielone na niedziele. Szminka CELIA kolor róż i niebieski tusz…..

Jakby co, ja stawiam, Marceli płaci (BO DOSTAŁ PODWYŻKE) a Wy proponujcie, proponujcie, sugerujcie i radzcie…… CO TO PO TEJ 30-ste POWINNAM JESZCZE….

Nie karmić, nie drażnić, nie dotykać! Mam katar i leje mi się z nosa, nienawidzę lekarzy którzy uważaja, że na katar się nie umiera. WŁAŚNIE, ŻE SIE UMIERA! Na dodatek jestem w trakcie, tego umierania mianowicie. Brakuje mi tylko jeszcze koca z wilbłąda – sztuk jeden; leżaka z wikliny – sztuk jeden, plus obowiązkowe na szczycie Czerodziejskiej Góry sanatorium – sztuk również jeden. Oraz zatrzymany czas – sztuk dwie. A mgły nad Buchwenwaldem mają spowijajać szczyty!
Poprosze jeszcze młodego poetę – sztuk jeden – obecującego, który opisze w 345 wersach rumieniec na moim bladym licu. A potem zastrzeli się z miłości do mnie – innej możliwości nie widzę. No!

Wszystko dlatego, że śniło mi się dziś zaświadczenie z pracy które ścigało mnie po budynku na Tragutta 115C; rozciągając się i kurcząc.

PS. Aaaaa właśnie – opowiadałam wam o moim pradziadku, który właśnie w taki atrakcyjny sposób umarł na leżaku? HA! I jak on umarł – z przedawkowania złota umarł, z którego to złota robiła mu zastrzyki pielęgniarka w Baden-Baden gdzie kurował złotą kuracją swoje suchoty, bo to najmodniejsze było na poczatku wieku. No i on tą pielęgniarkę……

A to może kiedy indziej..

7 komentarzy

No nie mam serca. WOGOLE NIE MAM, ani nawet pół. Do tego nowego projektu, co to go muszę napisać i sama go wymyśliłam i kluczowy jest, i powiązany…..
Łażę tedy, szwęndam się po zakładzie, wlekę nogę za nogą. Załatwiam wogóle nie to, co powinnam….

Polazłam do baru.

w barze siedzi Pepsee:
- Co robisz? – zapytałam smętnie wlekąc noge za noga.
- Piszę projekt – odpowiedział nostalgicznie Pepsee, i dodał nie podnosząc wzroku- a właściwie przesuwam cały dzień jednego linka. W lewo. O tak – i bardzo sugestywnie przesunął po stole w barze, stołową serwertką złożoną na pół.
- Może trochę bardziej w lewo? – fachowo rzuciłam dosiadając sie do stolika.
- Nooooooooo – dodał MEGA smętnie Pepsee, i zamyślił się – nooooo może……….
- A co piszesz – pytałam dalej drążąc temat, i już sama układałam projekt z chusteczek na stole – o czym ten projekt?
- Noooooo….ooo TYM no wiesz….
- Aaaaa no to mój jest zależny od TEGO jak napiszesz swój – zauważyłam starając się złożyc z origami interfejs użytkownika – fajnieee, znaczyyy nie mam sie spieszyć nieeeeeeeeeee…….

Czas zawisł i rozciągnał się jak kot na słońcu. Powietrze nabrało delikatnej barwy nostalgicznych dywagacji. Każdy ruch spowiła niewymuszona dialektyka przyszłości z teraźniejszością. Dwa słońca nad Kadyksem zaszły. Cisza jak mgła otuliła bar….

- Nooooo – przeciął słowem ciszę Pepsee – noooo, a mój jest zależny od TEGO projektu Truski ….nieeee. W lewo mówisz?

Do baru weszła Truska.

- Teee Truuu, co robisz? – zapytaliśmy zgodnie podnosząc głowy znad barowego stolika
- Pisze projekt – powiedziała Truska – ale jakoś tak mi…… Zadzwonie chyba do Puchy, bo w sumie to mój jest uzależniony od JEGO i może w sumie nie muszę? Się śpieszyć nieeeee…

PS. Panie Prezesie – jakby co, to wszelka zbieżność postaci i sytuacji jest przypadkowa. Imiona bohaterów zostały specjalnie zmienione. Wogóle to nie o to chodzi, wytłumaczyła bym o co – ALE NIE MAM CZASU BO PISZĘ PROJEKT ten co sama myślałam, ten kluczowy, powiązany…….

Wpadłam do domu. Pędem leciałam to wpadłam dramatycznie – trochę jęzor mi wisiał, siatki wypadały z łap, wzroki dziki (bo okulary zaparowały) a pysk czerwony. I mogło by pozostać DRAMATYCZNIE jak trzeba, i jak wypada – bo okazja nie mała była.

W domu albowiem czekała na mnie:

teściowa (status była); teść (status były); mąż (status EX); kobieta męża (status – ex żona mojego obecnego kolegi); dziecko męża (status atualne, drugie, roczne); moje dziecko (status- solenizant jubilat); dziecko sasiada sztuk jeden (status – NON STOP U NAS). Dodatkowo, w rolach pozostałych: pies, kot, burdel w kuchni, syf na podłodze, i scenografia z wdeptanych wszędzie paluszków marki Lajkonik.

Mogło być tak pieknie, mogła być TAKA SCENA, mogło byc JAK W SERIALU. Tylko, że ja jakaś pod te trzydziestke – pozbawiona fantazji jestem, leniwa cokolwiek, nie wyczółkowska (jak mawia mój syn), nie zorientowana w rodzinnych konwenasach…..

- Oooo ten mały to całkiem fajny, tylko miss polonia z niego nie będzie – powiedziałam szczypiąc dziecko ex męża i obenej kobiety w odstające ucho.
Dziecko się uśmiechneło, zamiast zawyć rozpaczliwie. Mąż ex zamiast wydrzeć na mnie mordę, a ex kobieta obecnego kolegi zmierzyć mnie wzrokiem i uciec osłaniając dziecko piersią, rzucił „Cześć” znad monitora komputera grajac z obecnym moim dzieckiej w WORMSY. Kobieta się uśmiechneła (a co ma się nie śmiać – ma cwaniara 19 lat :-)). Dziecko sąsiada rzuciło znad tego samego monitora „Znowu jestem, nieeee??”; a teściowa ex krzyknęła szybko – „Byłam z psem, byłam!!! Nie musisz wychodzić”

- Dobra teraz robię obiad dla młodego – a reszta robi se co chce, znaczy kawę czy herbatę te sprawy – dodałam rzucając siatki na stół.

Reszta robiła co chciała, a my z ex teściem kitrając się za drzwiami lodówki strzeliliśmy strzemiennego (co prawda był tylko adwokat, ale cóż – jak jest wojna to się nie wybiera powiedział ex teść waląc z gwinta..).
Na koniec teściowa dostała buty, co ich nie nosiłam a truska mówiła ze błyszczace i wysokie to KURWOWATE, niemniej teściowa była zachwycona. Ja dostałam prezent od tesciowej i pocieszenie ze może to i 30 ale w końcu faceta mam obecnego osobistego co to 40 – to zawsze 10 więcej! Obecne dziecko byłego męża i jego aktualnej kobiety dostało książeczki po moim dziecku – aktulanie jubilacie solenizancie. Sąsiad został, jak zwykle, burdel w kuchni urzędował spokojnie, teść puścił oko i strzelił kolejnego strzemiennego „jak jest wojna to….gulll gulll…” wydobyło się z jego gardła, jubilat wymienił na talerzu ziemniaki z obiadu na żelki dunozaury. Goście wyszli, kawa wyszła, herbta też mi wyszła……

Zapanowała cisza. Eeeeeee – pomyślałam zapadając się na kanapie z ksiażką wielbionej przeze mnie, osobiście Pani Winterson – jakbym taka leniwa nie była TO MOGŁA BY BYĆ TAKA PIĘKNA SCENA…. jak w serialu jakim, albo co………

22 komentarzy

Przyszedł trochę spóźniony i – nadspodziewanie młody. Tak prawie – nie na miejscu młody. Młody bezczelnie, niewłaściwie, zbyt dokładnie młody….

No i poleciało – 4 godziny wykładu:
o ja i nie-ja, o ja które jest ja ale nie jest ja tylko nie-ja i choć to ja jest zupełnie innym ja niż nie-ja- to jednak przegląda się samo w sobie…..

Na koniec wszedł na stół i powiedział:
- Powiem szczerze, ten świat nie może być aż tak pokręcony jak wam tu tłumaczę. Ta literatura to CEGŁA, i przeczytajcie szybko, bo jest porażająco NUDNA. Ale zanim ja sam to zrozumiałem, przepłakałem tydzień nieśpiąc….

Wiedziałam, wiedziałam – młody nie wróży nic dobrego…..


  • RSS