haniuta blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2002

- Jutro nie ma lekcji – wyryczał wchodząc do domu i rzucając malowniczo plecakiem o szafę – Jakieś zajęcia tylko.
- Na pewno? – śmiałam wątpić – w końcu lekcje to też jakieś zajęcia….

Zastygł w połowie drogi do komputera. Spojrzał z wyrzutem i rozwiązanym do połowy sznurowadłem.

- Nie wierzysz? Mi? Własnemu dziecku?
- Nie, no wierzę zasadniczo ale…..
- Zajęcia mam! Zapisane mam w dzienniczku zajęcia z…

Rzucił się w kierunku malowniczo pierdzielniętego plecaka. Spod sterty: naklejek mega ważnych wymienionych; zeszytów poprzekładanych rzodkiewkami ze śniadania – bo nie było czym założyć żeby nie zapomnieć; dwóch kanapek z serem (teraz już dla koki, psa osobistego „co by ona jadła jakbym ja zjadał wszystko w szkole”); trzech tenisówek na zmianę (tu mnie zatrwożyło odrobinę i spojrzałam kontrolnie na dziecko – nie, no wszystko okej, nadal dwie nogi a nie trzy), kolekcji drakulców na wymianę sztuk 132; stroju na WF co zginął tajemniczo 4 tygodnie temu i się tajemniczo właśnie odnalazł; bliżej nieokreślonej masy, co to solną była kiedyś a potem psem lampo, a teraz to już chyba niczym;
spod tej sterty wydobył DZIENNICZEK.
Rękawem wytarł z masła czekoladowego i przyklejonej plasteliny. Otworzył.

- Tu mam zapisane nooo, sam zapisywałem.
- Tak? – czekałam cierpliwie.
- No mam! Dnia tego i tego zamiast lekcji odbędą się zajęcia z psychopatą!

Wyczytał i uśmiechnięty już miał chować dzienniczek pod stertę: naklejek mega ważnych wymienionych; zeszytów poprzekładanych rzodkiewkami ze śniadania – bo nie było czym założyć żeby nie zapomnieć; dwóch kanapek z serem (teraz już dla koki, psa osobistego „co by ona jadła jakbym ja zjadał wszystko w szkole”); trzech tenisówek…..

- Z KIM??!! – zapytałam lekko wstrząśnięta – z KIM POWIEDZIAŁEŚ?
- Z psychopatą – potwierdził spokojnie wlepiając we mnie swoje zdziwione zielone gały – no nie wiesz kto to jest?!
- Zasadniczo WIEM! I chyba coś ci się pomyliło młody!
- Nooo czekaj! chyba się rzeczywiście pomyliłem jak zapisywałem. Chyba chodzi o psychopiatrologa! No wiesz …

- A zresztą czy to nie wszystko jedno? Oni wszyscy to mają z wariatami związek – dorzucił rezolutnie – A teraz idę grać w nogę, rozgrywki są!

I tak posłałam dziecko na zajęcia z psychopatą. Integracja, zrozumienie, tolerancja – te sprawy. N iech się uczy…

43 komentarzy

Piątek w pracy spędzaliśmy obklejeni kisielem. Dokumentnie, od góry do dołu.
Żeby było weselej, ktoś nam ten kisiel wlewał przez okno non stop. Desperacko i wytrwale – bo to dość wysokie pierwsze piętro – i weź wleź na takie z wiadrem i to jeszcze jakieś 456 razy dziennie.

Dyrektor mój osobisty darł się „NIE BOIMY SIĘ OTWIERAĆ OKIEN, NIE BOIMY”; Pepsee dopingował wiatrak „DASZ RADE DASZ RADE”; wiatrak rzęził rozpaczliwie; kisiel bulgotał wciskając się w każdą szczelinę naszego pokoju.
Koniec dnia powitaliśmy więc radośnie, tym bardziej, że koniec dnia lunął deszczem i wielkim neonowym, pulsującym napisem:

TO PIĄTEK WEEKENDU POCZĄTEK, TO PIĄTEK WEEKENDU POCZĄTEK.

Pierdzielnęłam więc z całej siły skończonym projektem. Z wizją dwóch dni słonecznych, spędzonych nad morzem, w dodatku bez wykopującego przekop do Szwecji dziecka (BO TATUŚ POSTANOWIŁ ZABRAĆ NA WEEKEND) i z wciśniętą przez Pepseego najnowsza książką Grochali w garści (wciskając syczał – mówie ci NAPISZ KSIAŻKĘ A WŁAŚCIWIE WYTŁUMACZ Grochali, że to twoje i załatw tylko coby podmienili wam nazwiska na okładce) pogalopowałam w kierunku wyjścia z zakładu.
Po drodze jeszcze tylko stratowało mnie stado innych poobklejanych kisielem współpracowników, otworzyła mi się torebka wysypując całą zawartość, zgubiłam na schodach dokumenty na kolejny projekt, który NA PEWNO, ALE TO NA PEWNO zacznę robić w domu, okazało się, że zapomniałam z biurka dyskietki z materiałami do pisanego artykułu który TO NA PEWNO ALE NA PEWNO miałam skończyć w domu w weekend i już, już

BYŁAM WOLNA!.

Jeszcze tylko kontrolny telefon:
- Jedziesz Kocie do taty, prawda?
- Nie mów do mnie kocie! – zgrzytnęło w słuchawce – TAK JADE I NA PEWNO BĘDĘ SIĘ NUDZIŁ! Na pewno nie będę się zajmował Bartkiem, bo on chodzi, ślini się i wcale nie chcę żeby był moim bratem! Wole żeby Pepsee był moim bratem, nie da sie tego zamienić…!!??
- Tak tak, też Cię kocham – rzuciłam szybko, zanim doszłoby do jakiś wymian brata przyrodniego na Pepseego, Pepseego na brata abo bóg wie czego jeszcze – musze kończyc, papa!

No! To wszystko gra. Sobota z niedzielą zapowiadały się nieźle. Zasadniczo jeszcze w piątek się zapowiadały. Co najmniej jak długo wyczekiwana ciocia z Ameryki. Co to ma prezenty przywieść, kawę , rajstopy i bóg wie co jeszcze. W samą sobotę też jeszcze nie było źle – zasadniczo. Pogalopowałam na plażę. Niby chmury, ale przecież miał być TAKI WEEKEND to kto by się chmurami przejmował. One w zasadzie też się nie przejmowały. Nikim. Wobec czego po jakiś 13 minutach od rozłożenia się na plaży lunął deszcz. Dobra, zdarza się – moja ciocia z Ameryki nie miała prezentów….. Dobra, damy radę pomyślałam i w drodze do domu kupiłam gazetę. Taką co miała zastąpić odmóżdzanie na plaży.
Jak się okazało odmóżdzyła mnie na maksa – bo jakiś Pan Chemik Informatyk, co to popełnił niejaką książkę sezonu (roku, czy stulecia – nie pamiętam) na temat harlekinów w sieci był wziął i popełnił kolejne dzieło. Matko jedyno – tym razem jako wielbiciel i znawca kobiet. No jeszcze lepiej mu to wyszło niż poprzednio. O obrączkach, drutach kolczastych w pochwach, byciach kochankami, kucharkami i wszystkim co mu tylko na myśl przyszło. Cudeńko!! Aż się chciało krzyknąć – a weź się facet może za tę chemię? Albo i informatykę? Bo broń nas bóg od takich znawców! Lepiej nich już powtarzają tę tablicę, co to im wszystko w tej chemii zamieścili na niej.

Na koniec przeczytałam, że kolega ten sam postanowił jeszcze pojeździć z jakimiś wykładami o miłości NA U KO WY MI! No bo przecież on te kobiety kocha i będzie im teraz wszsytko tłumaczył JAK TO Z NIMI JEST, bo pewnie nie wiedzą. Jeszcze mu to jakiś Instytut i w ogóle…

Tak mnie to wzrusza, jak obejrzana dwa dni wcześniej praca magisterska takiej jednej, co jej taka druga napisała za takie tam pieniądze, a taka trzecia przepisywała. Praca, którą ja wstydziłabym się oddać jako zaliczenie semestru pierwszego. Gdziekolwiek – nawet na studiach wyższych od W-f`u. Dla przypomnienia – praca magisterska to była, z zarządzania! Pan Promotor też się chyba specjalizować musiał w wykładach NAUKOWYCH O MIŁOŚCI! Co najmniej….

Potem co by se nerw nie szarpać dalej – zostawiłam Pana Znawcą Kobiet całkowicie „przypadkiem” na balkonie, na deszczu. Niech se pomoknie, zmarznie to może skruszeje! Wzięłam się za tą nową Grochalę. Co to mi Pepsee podtykał.
Przeczytanie całej włącznie z zaznaczeniem flamastrem, co to ja bym poprawiła, zajęło mi jakieś 35 minut. Ciekawe ile zajmuje napisanie takiej książki? W sumie okej – ale żeby, aż taki szum….

Reszta weekendu minęła równie uroczo: deszcz lał, dziecko dzwoniło non stop z coraz to lepszym pomysłem podmiany brata przyrodniego – to na chomika, to na kolejnego kota, to na kolejke PIKO. Co prawda, mogłam pisać artykuł GDYBYM nie zapomniała dyskietki, albo wziąć się za projekt GDYBY mi się chciało, albo leżec na plaży GDYBY nie lało….

Taaaa, dlatego nie pytajcie dlaczego dziś zaczęłam dzień od odgryzania łbów miśkom haribo! Lepiej powiedźcie, no powiedźcie – gdzie żyją HARIBO? Hę?

15 komentarzy

- Mamooooo!!!! – wydarła się słuchawka mojej komórki – Nienawidze Karola!!NIENAWIDZĘ OD DZIECKA!
- No zdarza się – powiedziałam słuchawce przełykając pierwszą zakładową kawę – Konstytucja nie zabrania, zasadniczo. A tak właściwie dlaczego? Jeśli można spytać.

Już żałowałam, że pytam.

- Bo Karol – słuchawka darła się jakby ją ze skóry obdzierali – BO KAROL ROBI ZE MNIE IDOTĘ! NON STOP TO ROBI!

- Hmmm – zastanowiłam sie nad kawą.

Wylać lurę i wkraść się do kuchni zarządu po prima sort expresso, czy pić lure i udawać, że lubie? Zasadniczo w sekretariacie jest taki magiczny kluczyk, w sekretariacie jest też Czaja, a my z Czają w liceum to ho ho ho. To co? Klucza mi nie da?

- Czy ty wogóle mnie słyszysz!!?? – wyrwało mnie z zadumy – JA TU NA IDOTE WYCHODZE, nienawidze Karola! Mamo!!!
- Tak, tak – zapewniłam szybko słuchawkę – tak, rozumiem, Karol idiota a ty wychodzisz. Okej! Weź kurtkę.
- Nic nie rozumiesz! To ja jestem IDIOTA! I jeszcze chyba…
- Tak?
- No bo ja chyba… – głos w słuchawce jakby obniżył poziom emitowanych decybeli.

Tak mniej więcej z poziomu startującego promu kosmicznego Columbia do poziomu startującego odrzutowca.
Tu mnie lekko zatrwożyło. Zatrzęsło tak. Tak ciut, ciut. Jak rasowy wyżeł nasłuchujący kaczek krzyżówek nad jeziorem Wigry (a wiem, znam sie, miałam wyżła TROPA) zamarłam w pół ruchu. Właściwie zawisłam nad drzwiami kuchni zarządu z gwizdniętym w międzyczasie kluczem.

- Tak?
- No bo ja – głos wyraźnie słabł – Bo ja wyszedłem na idotę bo…
- Bo? – puknęłam z całej siły w słuchawkę kluczem. Może to zasięg zanika, bo głos wyraźnie słabł – BO CO?
- No bo ja chyba….. walnąłem Karola doniczką BO ZROBIŁ ZE MNIE IDOTĘ I WOGÓLE!
- Jak to doniczką???!!! – teraz ja osiągnełam poziom startującego odżutowca – Jak to doniczką?!!!
- No normalnie, chyba przypadkiem miałem ją w ręku, właśnie wtedy jak ON ZE MNIE ZROBIŁ IDOTĘ! TO CO JA MIAŁEM ZROBIC?
- A co zrobiłeś – żałowałm juz w trakcie pytania…
- Zasadniczo to PRAWIE go walnąłem.
- Jak to prawie….
- No bo doniczka to mi wypadła….

UFFFFFFF powiedziało całe moje jestestwo w każdym swoim 165 centymetrze wzrostu.

- No i wtedy wziąłem ten mecz drewniany co sobie zrobiłem z desek i zacząłem go gonić po całej klatce schodowej, a on sie darł RATUNK MORDUJA i sąsiad Zdzisiek to widział i ja WYSZEDŁEM NA IDOTE MAMO! NIENAWIDZE KAROLA!

- Taaaa a ja nienawidze lury i ide popełnić przestępsto pt”kawa w kuchni zarzadu” – powiedziałam, bo cóż więcej mogłam powiedzieć. Jaka matka taki syn, zawsze powtarza mi własna rodzicielka!

Na pohybel parówkowym skrytożercom – ze specjalnymi życzeniami dla pewnego Fana :-)

Wszyscy swego czasu mieliśmy tę samą korbę. Z powodu tej korby wszyscy zgodnie swego czasu nienawidziliśmy Marsela. Bo Marsel z powodu tej korby poleciał i był pierwszy. Zanim my WOGOLE, w czasie gdy my DOPIERO.
Potem mu wybaczyliśmy wspaniałomyślnie, bo w końcu rodzina. I dalej skrzętnie ściągaliśmy zapychając służbowe komputery. Trailery, fotki, dodatki dostawały nazwy BILANS ROCZNY -BARDZO WAŻNE. Jakieś mega ważne pliki latały w sieci aż furczało.
Jak już nadszedl czas, z wywalonymi ozorami lecieliśmy na premierę. Wyłaziliśmy o 3 w nocy z kina ze wzrokiem maślanym, popkornem wtartym w pyski i biletami nerwowo wyskubanymi podczas.

- Byłeś? Masz? – pytała Baśka.
- Noooooo MASZ!! Chcesz? Mam takiego trajlera z SZOK.
- A pamietasz jak sie robiło laserowy miecz ze świetlówek wyrwanych pod przejściem podziemnym dworca Gdańsk Główny.
- Nooooo masz!
- Miałaś Baśka kiedy laserowy ze świetlówy?!

A teraz dali nam to w przerwie pomiedzy big brader barami a losowaniem lotto. I co? Korba już jakby nie ta:

- Widziałeś – padało rano w pracy.
- Nooooo, w sumie tak. Ale zasnęłam gdzieś tak w połowie, wstyd przyznać…….
- Wiesz, ja też. I to już jakieś takie nie takie…

Kogo nie spytać to spał….
No taaa jeszcze w książce gości mi piszą, że dawali mi 40. Dół, kryzys, error – jak nic!

Sie wściekliście z tą Chmielewską? Mam pokazać badania krwi żebyście uwierzyli, że w życiu nie czytałam? Komisję antydopingową wezwać?

No żesz kurde no – jakiś Lesiów mi wypominają :-). Z Lesiów to znam tylko Lesia Muchę, ale to już inna historia….

PS. A jak sie kto upiera, że naśladuję, to mogę ponaśladować Edytę Górniak i Filharmonię Wrocławską w jednej osobie! Ale sami tego chcieliście, żeby potem nie było, że NIE!

7 komentarzy

- Rjjeeenia – mój Osobisty Dziadek zakomunikował wchodząc do kuchni.

- Rjjjeenia po moim pokoju całą noc lata złota kula. Lata i sieje złoty proszek. No i co ty mi na to powiesz Rjenia?

Dziadek zwany przez nas w dziecinstwie Cyk Bumem (no bo kto wymówi „Zygmunt” jak mu brak mlecznych zebów? A nam ich było brak permanentnie i przewlekle) wkroczył zdecydownie do kuchni i spojrzał na mamę moją osobistą wyczekująco.

- Znnnaczyy co? – odezwała się z niemała trudnością moja matka zwana Rjenią. Trudnością polegająca na mówieniu i jednoczesnym trzymaniu głowy w piekarniku.
- Tak tato?
- Lata mnie Rjenia kula po pokoju, złota i sieje złoty proszek i co ty mi na to Rjenia poradzisz? A?

Dziadek klapnął i z nieukrywaną satysfakcją wytężył słuch.

- Kula – wymruczął mama wyłażąc z piekarnika – mówisz tato kula….
- KULA – zdecydowanie potwierdził Dziadek Cyk Bum – Złota kula Rjenia, złota. I ty mnie nie mów, że mi sie znów wydaje. Ty mnie Rjenia powiedz CO TY NA TO?

Ja zdębiałam. A moja matka osobista zupełnie spokojnie podeszła do szafki i wyjmując z niej zwykły słoik twisst off po ogórkach kartuskich powiedziała zdecydowanie:

- Kula mówisz tato? Napewno złota? Nie kwadrat? Trójkąt czy romb?

- Złota Rjenia, złota kula – potwierdził Dziadek przeszukując nerwowo lodówkę – Złota. Jak drut złota!

- No to tato jak złota to nie ma problemu. Złote kule zwyczajowo łapie się w słoiki po to, żeby oddać proszek do analizy i dokładnie sprawdzić czy to naprawdę złoty proszek, a nie jakaś ściema.
Powiedziała wręczając dziadkowi słoik.

- Tata nałapie w nocy jak najwiecej tego proszku i się zbada.

Po czym spokojnie włożyła spowrotem głowę do piekarnika.

- No i kto to jest taki genialny, żeby trzymać plastikowe pojemniki w piekarniku – wydobyło się z czeluści.
- No dobrze, dobrze WIEM JA SAMA, ale wogole was to nie tłumaczy – mamrotała dalej specjalistka od złotych proszków w słoikach Twisst off.

Dziadek poszedł zaczaić się na złotą kulę.

Budzik morderca zakradł się cichcem niezauważony. Powoli, chyłkiem, boczkiem. Trzymając w dłoni młotek rozejrzał się niepewnie wokół. A potem:

SRUPIERDZIUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU
6.50! 6.50! 6.50!!!!!!!!!!!!!!
.

Wyrwałam chwasta jednym zdecydowanym ruchem. Poduszka na obolały łeb, noga na Osobistego Łysego, kołdra pod brodę i wracamy zbawiać Świat. Ostatnio jak mega przystojny, mega intelingentny, mega sprytny, mega wysportowany MEGA BRUNET.
Właśnie rączym kłusem, zupełnie swobodnie z wrodzonym sobie wdziękiem przemierzałam zielone łąki, kiedy:

- Wstajesz? – energiczny szturch w bok – Wstajesz?
- Tak, tak…. – rzuciłam szybko – Tak panie kierowniku, proszę dodać te składniki….
ZNACZY TEN NO? MŁODY? O TEJ PORZE?

- Szkoła jest – sztruch wlazł pod kołdrę – Szkoła? Kojarzysz?

Kojarzyłam. Znaczy – tak jakby, mniej więcej. No gdzieś w oklicy tematu byłam. Dam głowę, że nawet bardzo bliskiej okolicy. Na pewno.

- Szkoła? – rzuciłam wyjaśniając i jednocześnie starając się schować łeb pod uciekającą poduszkę – Szkoły Panie Bogdanie mamy podstawowe, średnie, wyższe….
- Mam notatki, proszę do labortorium – wybulgotał Łysy ciągnąć kołdrę w druga stronę – wykład o 9.00!

- Ja mam szkołę! I nie jestem żadnym KIEROWNIKIEM ani Bogdanem. To ja TWÓJ SYN – przedstawił się szturch – Wypraw mnie do szkoły!
- Nooooooooo…. – zaczynałam kojarzyć.

Kołdra i poduszka uciekły bezpowrotnie. Osobisty Mężczyzna zagarniał mnie mocno wielką łapą, jednocześnie mrucząc jakieś bliżej nieokreślone „Śśśśśś NOC, ŚPIJ, NOC JEST Śśśśśśśś”.

No to postanowiłam skorzystać ze sposobu.

- ŚŚŚŚss – wymamrotałam przyklepując młodego ręką na płask – Śśśś pijjj NOC JEST.
- Oszalałaś! – młody wyrwał sie energicznie – Jaka noc! Do szkoły ide!
- Nie idziesz! – odparałam szybko argument, że niby nie ma nocy. Jest jak drut! Spać mi sie chce to jest noc – logiczne.
- Ide!
- Nie idziesz! – szybko, szybko wymyśleć coś!!! O mam!
- NIE IDZIESZ BO MASZ JĘCZMIEŃ NA OKU I NIE IDZIESZ!
- Oszalałaś – zdziwiło się młode – Jęczmień miałem w zeszłym miesiącu.

Kurde no. „I on przeciwko mnie” – przeleciało mi przez głowę. Postanowiłam jednak wyrwać poduszkę spod Osobistego.

- Te, Brutus! – wymamrotałam jedną ręką wyrywając pościel, drugą zaś odklejając pieczołowicie powiekę od oka – A nie pada aby deszcz?! Burza? Grad? Może śnieg chociaż?
- Deszcz? – ewidentnie wredne dziecko poddało w wątpliwość moje słowa – Przecież jest słońce! Wiosna!

Oko się odkleiło. Na razie jedno. Udało mi się nawet spojrzeć tym okiem na dziecko. Drwiąco.

- A nie będzie aby padać? – kombionowałam dalej.
- Mamo! Przecież szkołę mam na rogu bloku! WYPRAWISZ MNIE?!
- Nooooo – rzuciłam spod pościeli, którą udało mi się w końcu wyrwać. Już, już miałam się zakopać pod nią i słodko wrócić do wcielenia MEGA BRUNETA – Nooooo… napewno cię wyprawie, napewno…. Jutro? Może być jutro?

- Jutro jest SO BO TA – dobił mnie bezlitośnie młody – Dziś ide do szkoły! Dziś!!
- E tam, w sumie po co masz iśc jak i tak jutro masz wolne – pertraktowałam dalej poddając się już jednak i starając się odkleić drugie oko.

Młody spojrzał na mnie z wyrzutem. Zebrałam więc wszystkie porozkładane członki i jakoś dowlekłam się do drzwi. Jezuuuu kto widział wstawanie o 7 rano! Moja mama zawsze mówiła, że wczesne wstawanie jest pierwszą oznaką kretynizmu…..

Przy drzwiach po odbębnieniu zwyczajowego KOCHAM CIĘ NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIE, 76 całusach i 56 przytulankach udało mi się w końcu WYPRAWIĆ młodego. Udało mi się nawet zrobić na ostatnią chwilę masę solną – ilość na psa – „BO WCZORAJ ZAPOMNIAŁEM POWIEDZIEĆ ŻE PSA LAMPO KLEJĘ.”

Wróciłam do pokoju.

- Tyyy – rzuciłam szybko włażąc Osobistemu pod kołdrę – Ty! To twoja wina! Ty jesteś pedagog, to ty weź coś zrób, żeby oni nie chodzili codziennie do szkoły i to nie wcześniej mają chodzić niż na 14!
- Taaaak, tak – odbulgotał Osobisty wyrywając mi kołdrę – kolokwia mam na biurko pan przyjdzie i sprawdzi swoje wyniki….

No bo kto to widział, żeby tak codziennie rano…..

28 komentarzy

Moje dziecko urodziło się kierownikiem. Taki znak, jak każdy inny: ryby, byk, strzelec i KIEROWNIK.

No i musiało trafic akurat na moje dziecko. Anka mówi, że żaden problem da się go najwyżej na Premiera. A to, to by mu się zasadniczo nawet bardzo komponowało, bo z przedmiotów w szkole najlepiej mu idzie piłka nożna. A zadanie domowe pod tytułem OPISZ JAK BYŚ SIĘ CZUŁ GDYBYŚ BYŁ ROŚLINKĄ podtyka mi pod nos pytając:

- No i co? To może jest dla NORMALNYCH CHŁOPAKÓW? Byś mi to napisała bo ja mam rozgrywki ligi. I co ja chłopakom powiem, że nie ide na trening bo mam pisać, że jestem jakimś fiołkiem albo KAKTUSEM?

No i do tego teraz jeszcze się okazało, że zodiakalny kierowniki. Wiem, bo podsłuchałam.
Tak, tak nie ładnie podsłuchiwać i wogóle ale TAKI NP SZPIEG…

No ale od początku:
Do domu jak zwykle wpadł tabun Hunów, wyjąc wlekąc za sobą: tonę błota, 14 piłek do nogi, dwie hulajnogi, badyle wyrwane z krzaków BARDZO POTRZEBNE, kamienie wywleczone zza bloku bo tam już las NIEZWYKLE CENNE, jednego co sie przyplątał z bandy przeciwnej BO JENIEC, krawiące kolana i obdrapane łokcie BO WŁASNIE BYŁ MECZ. Na czele mój młody drze się:

- Idziecie myć ręce ALE JUŻ! i WYCIERACIE!

„O ho ho” pomyślałam czmychając do kuchni z ksiażką w ręku „Chyba kierownik”.

Hunowie z wytartymi już łapami nie zauważyli jednak mojego kociego kroku. Właściwie,szczerze mówiąc, wogóle mnie nie zauważyli. Rzucili się pędem w kierunku kuchni tratując mnie, moje plecy, moją książkę i co tylko wpadło im pod nogi. Im i: tonie błota, 14 piłkom do nogi, dwóm hulajnogom, badylom wyrwanym z krzaków BARDZO POTRZEBNYM, kamieniom wywleczonym zza bloku bo tam już las NIEZWYKLE CENNYM, jednemu co sie przyplątał z bandy przeciwnej BO JENIEC, krawiącym kolanom i obdrapanym łokciom BO WŁASNIE BYŁ MECZ.
Jakimś cudem udało mi sie jednak podnieść, zebrać własne nogi i ręce z podłogi, pozbierać rozpaczliwie zdeptaną książkę i chyłkiem przycupnąć w kuchni. Szarańcza opanowała lodówkę. Rozpaczliwie wybebeszony brzuch zamrażalki patrzył na mnie z wyrzutem.
„CICHO” rzuciłam chyłkiem w jego kierunku „JAKBY CO MNIE TU NIE MA. LICZ NA SIEBIE”.

- Bierzecie czekoladowe! – wrzasnęła żmija wychodowana na mym własnym łonie – A Karol NIE! Bo strzelił dziś samobója!
- Nooooo – zaszumiała szarańcza i pokornie mlaskając pochłonęła czekoladowe.
- ODWRÓT – wrzasnął mój własny syn – IDZIEMY POKONAĆ HIROŁSA.

w kuchni zapanowała błoga cisza. Odgarnęłam nogą resztki błota, badyli, piłek, jednego jeńca, kamieni co bardzo cenne. Udało mi się nawet wygospodarować jakieś 0,5 metra kwadratowego na krzesło kawę i książkę.

- MILCZ – rzuciłam w stronę zamrażalki wyprzedzając jej wyrzuty – JAK WOJNA TO WOJNA, KAŻDY LICZY NA SIEBIE.

Z pokoju młodego dolatywały strzepy rozmowy:

- Adam, a ten Pan łysy TO TWÓJ TATA? – zaczął wrednie jeden z bandy przeciwnej CO TO JENIEC BYŁ.

Zamarłam. „O gnojek jeden” pomyślałam „mści się a w niewoli siedzi”. I już miałam wkroczyć ratować moją biedną, zestresowaną latorośl a pytającego oczywiście dyplomatycznie wywalić z dom (konfiskując uprzednio mu badyl CO BARDZO WAŻNY i kamień NIEZWYKLE CENNY), kiedy moje dziecko zupełnie swobodnie postanowiło odpowiedzieć samo:

- OSZLAŁEŚ? Filip to przyjaciel mojej mamy.
- I co? Śpi tu? – pytał rudy.
- Nie – gra na fortepianie i tańczy mazurki. Pewnie że śpi. I mieszka normalnie.
- No ale – ciągnęła dalej mała, ruda żmija z bandy przeciwnej – A gdzie jest twój tata? Bo moja mama…
- Mój tata mieszka z Dorotą – szybko zdementował młody – A mama z przyjacielem. Filip to też mój przyjaciel.
- Ale moja mama.. – kontynuował jeniec – ale moja mama to….
- NIE MA PRZYJACIELA? WOGÓLE? – szybko zapytał młody – JESTEŚ PEWIEN? I pewnie ty też nie masz, nie?
- Nooo, nie, bo… ale..
- I WOGOLE WŁAŚNIE KUPIŁEM TWOJEGO BOHATERA I TWOJE MIASTO DZIAMDZIAKU, I NIE DOKŁĄDNIE UMYŁEŚ RĘCE, IDZ UMYJ JESZCZE RAZ – idealnym ciosem dobiło przeciwnika moje dziecko.

- Ufff… – spokojnie klapnęłam na krzesło i wróciłam do lektury – Kierownik jak nic, kierownik.

- Ahhhaaa!!!! – wrzasnęło dziecko z pokoju – Mamo!!! JESTEŚ?!
- Nooo w sumie tak – dpowiedziałam nieśmiało, szybko barykadując się gdyby znów mieli zaatakować kuchnię.
- Bo jak jesteś TO W SUMIE NIC TYLKO KOCHAM CIE NAJBARDZIEJ NA ŚWIECIEEEE!!!!! – wydarł się kierownik przekrzykując szarańczę.

Szarańcza zamruczała z uznaniem.

Chcecie o pisiakach? To macie – i pamiętać, że:
1. wszystkie postacie zostały zmienione
2. wszystkie sytuacje są fikcyjne
3. wszystkie miejsca akcji wymyślił autor
4. jak myślicie, że wam się wydaje, że wiecie o czym to jest to znak, że napewno tego nie wiecie

I jeszcze jedno – żeby uprzedzić nadinterpretatorów – to : TAK, MAM PRYSZCZE, 13 LAT, JESTEM MĘŻCZYZNĄ, W DODATKU KSIEGOWĄ Z ZAWODU I MAM NADWAGĘ
to tyle, a teraz bajka z serdecznym pozdrowieniami dla Huberta Wraka:

Tego dnia Hubert Wrak obudził się bardzo wesoły. Świat wydał mu sie jakiś lepszy, kolorowszy, a ptaki za oknem darły ryje niemiłosiernie. Wesoło pogwizdując wszedł do łazienki, uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze i Postanowił Mocno. Złapał się dłonią za swoj szorstki półbródek, puścił oko do lustra i mruknął:

- Nooooo, nie powiem, do twarzy Ci z tym Mocnym Postanowieniem, przystojniaku.

Potem, z tym samym Mocnym Postanowiem wszedł dziarsko do kuchni. Znad płachty gazety, spowita oparami z kubka kawy -Hanna Wąsk mrużyła oczy ubrane w okulary z rogową oprawką .

- Pieeekniiiiiiiiiieee dziś! – krzyknął Hubert- Pójdę tedy swym pisiakiem zbawić świat. Tak postanowiłem. MOCNO.

Hanna zmierzyła go krytycznym wzrokiem i zapytała fachowo:
- A świeci ci ten pisiak jak laserowy miecz?

Hubet Wrak spojrzał na Hannę i zatrwożył się…
- Kurde, chyba nie!!
Jego wzrok padł na owo owiane legendami mejsce strategiczne, miejce o którym nieśmiale szeptają między sobą miliony kobiet. Miejsce od którego zależeć miał los jego planety.
- Nic – podsumował to co zobaczył – NIC!
W jego głosie brzmiała już rozpacz. Świat zakrył oczy przerażony, jego poranne Mocne Postanowienie lekko zaskomliło w oddali.
- HANKA POMÓŻ!! – krzyknął Hubert.

- Pokręć nim – poradziła spokojna jak zawsze Hanna – może zacznie świecić.
Poczym wróciła do lektury lekko już przechodzonych widomości.

Hubet z pasją oddał się doświadczeniu. Po chwili jednak wyrwał Hannie z rąk gazetę, rzucił nia niebale na stół ubrany serwetą w niebieską kratę i wrzasnął:
- Hanka nic!! Nic, a nic! Nie działą! Nic a nic!

Hanna uniosła wzrok znak oprawki swoich rogowych okularów. „Tylko spokojnie – pomyślała – tylko spokój i opanowanie może nas uratować” PRO FE SJO NA LIZM – mówiło jej spojrzenie – PRO FE SJO NA LIZM.

- Gra chociaż melodyjkę – zapytała po chwili zastanowienia rzeczowo – no wiesz, jak grający nocnik???

Hubet zasępił się, rozpedził swoje szare komórki, spojrzał na Hannę i spytał:
- Wiesz – mogę gwizdać marsyljankę, myślisz, że to pomoże? A tempo? Jakie obrać tempo! Inni stosują tempo.. pomoże to coś?

Całe jestestwo Huberta wyprężyło się stając na palcach i prosząc o pozytywną odpowiedź. Rozpacz nabierała odcienia jego granatowych oczu. Jego miękkie jak śmietankowy budyń sojrzenia omiatały Hannę jak reflektory lotniska RAF`U. Postanowienie jakie przedsięwziął rano skuliło się w kącie. Zapadła cisza. Głośno tupiąc nieubłagalnie zbliżała się jednak PRAWDA. To właśnie Hanna znów musiała powiedzieć Hubertowi całą prawdę. Zaczeła najdelikatniej jak można było:

- Nie chce Cię martwić…..
Nie, żebym….
Ale….. MOŻE SIĘ OKAZAĆ, ŻE TY NIE MOŻESZ ZBAWIAĆ ŚWITA PISIAKIEM!

- Ale jak to tak? – zaskamlał Hubert.

- Po prostu – kontynuowała bezlitośnie Hanna. Sterylny lancet prawdy ciął ciszę – nie wchodzisz do drużyny zbawiaczy. Normalnie ŁAWKA REZERWOWA.

- Wiesz – dodała po chwili podnosząc ze stołu pomiętą gazetę – Nie mów kochance, może się załamać.

Hubet płakał wtulony w objęcia Hanny. Po jego owłosionym, męskim torsie spływał potok łez. Hubert wiedział, że to nie męskie, ale właśnie zawalił się cały jego świat. A jego Mocne Postanowienie konało zwijając się jak rulon nikomu niepotrzebnej foli po parówce Morliny.

- JA I MOJA PYTKA NIC A NIC? – dochodził łkający głos spomiedzy aseksualnego swetra Hanny – NAWET MAŁEJ JAPONECZKI Z KOŚLAWYMI NOGAMI NIE ZBAWI? Hankaaaaa to ja jestem do dupy tak?! CO MAM ZROBIĆ??!!

- No już!! – powiedziała sucho Hanna wycierjac rękawem mokrą jak dorzecze Amazonki twarz Huberta – Przestań się mazać! Wiesz świetliki świecą jak się im potrze kuper! Idź i spróbuj. W razie czego zawsze możesz udawać Intelektualistę – Im pisiaki świecić nie muszą! Ba! Właściwie to im nikt ich nie sprawdza.

Poklepała Huberta protekcjonalnie po obsmarkanym pysku i wróciła do czytania gazety. Hubert powlókł się rozpaczliwie do pokoju obok.

I tak oto, pewnego dnia Mocne Postanowienie Huberta skonało, a sam Hubert przestał już być takim przystojniachą – bo jak wiadomo z Intelektualizmem nie jest już nikomu do twarzy tak, jak z laserowym pisiakiem zbawiającym świat.


  • RSS