haniuta blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2002

Zasadniczo nic nie napiszę, to zasadniczo chciałam powiedzieć właśnie TO.

Bo zasadniczo to miałam wolne i zajmowałam sie robieniem NIC . A nic w życiu mi nie wychodzi tak dobrze, jak robienie NIC . Okazuje się, że Osobistemu też to NIC wychodzi świetnie, ba! Nawet chciał je robić lepiej ode mnie, w związku z czym musiałam się w dwójnasób skupić na robieniu NIC , żeby przypadkiem to jego nie wyszło lepiej od mojego. To w sumie nie mam NIC do napisania, po tym zatrważająco zajętym weekendzie…

Aha! Gdyby ktoś chciał spróbować, to NIC należy robić popijając Port-wajna, albo inną nalewkę czerwoną, pełną witaminy W, bo takie robienie NIC strasznie rujnuje organizm wypłukując tę wyżej właśnie wymienioną witaminę…

PS. Aha! wpadłam jeszcze na jeden pomysł – jak nikt nie wyda

jako książki, to ja cie pazdrawjalu , to jest głupi i wogóle się nie zna! TO WYDAM TO JA SIĘ NIE PYTAJĄC I ZAROBIE NA TYM STRASZNĄ POTWORNĄ MEGA KASĘ! Choćbym miała ręcznie przepisywac w 345 egzemlarzach. No! Tylko jak znajdę chwilę pomiedzy robieniem NIC…..

Dementi…

10 komentarzy

Chciałam zdemontować tę okropną plotkę, wg której podobno mnie nie ma! Właśnie, że jestem!

A dlaczego mnie wczoraj nie było to bardzo oczywiste, albowiem jeśli:

- wstałam rano i ODRAZU bolała mnie głowa
- wstałam rano i wydałam z sibie gulgot podobny do tego gulgotu jaki wydaje rura w łazience
- wstałam rano i NADAL, od wczoraj miałam nie przeczytane pół ksiażki
- wstałam rano a za oknem nie było NADAL Riwiery Francuskiej
- wstałam rano i…..

ogarnęło mnie wielkie nieprzemożone uczucie nostalgicznie filozoficznego nastroju pt:

A PO CHOLERE WOGÓLE JA WSTAJE? JAK I TAK METEOR PIERDZIELNIE KIEDYŚ TAM….

Wobec czego położyłam się….

A wieczorem w ramach terapii upiekłam wielkie naczynie włoskiej kapusty pod beszamelem i zapiekanym serem, po czym wręczyłam Osobistemu prosto w łapy ze słowami:

- Poszedł WON! Nie wiem na piwo z kolegami, na wódke z kochankami, na wino z profesorem. Ale poszedł WON! Prowiant już masz, nie zginiesz! Ja posiadam ogromną potrzebę pokontemplowania 70 metrów mieszkania sam na sam.

Osobisty spojrzał podejrzliwie znad dymiącego naczynia…

- No dobra – SAM NA SAM ZE STIVENEM KINGIEM! No wiesz, ty jesteś niby przystojny ale Stiven….
- Aaa to co innego – powiedział tubalnie Osobisty – jak masz randkę to nie przeszkadzam.

Zawinął ogon i poszedł, pozostawiając za sobą zapach kapusty, beszamelu, sera…..

A teraz…

10 komentarzy

Robimy sobie kawę, rzucamy pracę w kąt, mierzwimy dłonią włosy i zamieniamy się na parę minut w nostalgicznych Portugalczyków. Włączamy głośniki – Hiszpan śpiewa:

a teraz wszyscy mówimy :

ECh……..

W ramach rozrywki postanowiliśmy kupić sobie wykładzinę. No do na bilety do teatru mieliśmy za mało kasy, na kino nam też by nie starczyło, pogmeraliśmy w portfelu, pogmeraliśmy i..

- Kochanie, a może by tak WY KŁA DZI NĘ? – szepnęłam czule przy śniadaniu.
- Wykładzinę? Mówisz – zastanowił się Osobisty – Że niby ci moja 70 letnia, drewniana podłoga, malowana olejną farbą trzema warstwami, odłupująca się plastrami tejże farby, i zachlapana po malowaniu ścian SIĘ NIE PODOBĄ!!???
- No nieeeeee, ale może by jednak……

Gwoli wyjaśnienia należy dodać, iż podłoga jest rzeczywiście piękna, drewniana i ponad 70 letnia. Tyleż samo jej jest metrów, kwadratowych zresztą. I tak samo, tyleż lat historii jest na niej zapisane – realny socjalizm, nierealny komunizm, dzikie początki kapitalizmu, demokracja galopująca, pluralizm ujadający…. W każdym bądź razie pan cykliniarz jak ją zobaczył to się pomodlił:

- 30 zł za metr kwadratowy – wrzasnął uciekając w kierunku drzwi – i w ogóle NIE MAM CZASU!

Potem pomodliłam się ja, kiedy patrząc na tuman kurzu za uciekającym cykliniarzem usłyszałam:

- Kochanie – zaczął podejrzanie miło Osobisty – tak sobie myślę, to może by wąłsnymi siłami jakoś uratować tę podłogę? Po malutku…

Po czym pocałował mnie czule i wręczył narzędzie, które rozmiarem swoim i mechanizmem wskazywało na to, iż „ratowanie po malutku” ma szanse trwać jakieś skromne 36 lat, a najbliższy termin wstawienia wyra do pokoju na „uratowaną” podłogę planować należy na rok 2016. Dlatego tez pewnego ranka, gmerając w portfeliku:

- Kochanie, a może by tak WY KŁA DZI NĘ? – szepnęłam czule przy śniadaniu.

Nooo i wydawało by się to takie proste prawda? Osobisty się zgodził zamontował bagażnik na Lalunię, odpalił silnik, znalazł czas i pojechaliśmy do CENTRUM. Centrum świeżo otwartego, pachnącego, FACHOWEGO….

- Poproszę tej wykładziny 10 metrów bieżących z beli – wrzasnęłam radośnie i pokazałam palcem.
- Jestem z KAFELEK – padło w odpowiedzi nieco gardłowe. Trudno się mówi z palcem w dziurce od nosa. Z lewym palcem, lewej ręki w prawej dziurce.
- No, to poproszę Pana NIE Z KAFELEK. – postanowiąłm się nie poddawać.
- Ja jestem z KAFELEK i mam zastępstwo – palec zmienił lokalizację na ząb – I chyba nie ma 10 metrów.
Pan KAFELEK zmierzył belkę okiem.
Pewnie miał rentgena.

- Nie nie ma, na mur. Nie ma co odwijać.

Palec zaczął lustrować zęby z drugiej strony szczęki.

- No ale ja poproszę. Może jednak. Może by tak odwinąć? – upierałam się niegrzecznie, ale mocno już zdetermiowana.
- To może przyjdziemy później, widzisz Pan nie…. – kombinował Osobisty.

Mi przed oczami jawiła się MASZYNA DO RATOWANAI PODŁOGI PO MALUTKU.

- No widzi Pani? Mówiłem JESTEM Z KAFELEK, nie umiem! Takie mamy tu idiotyczne grafiki, widzi Pani? JA JESTEM Z KAFELEK I MAM ODWIJAC WYKŁĄDZINĘ??!!!!
- Widzisz Pan jest z KAFELEK – kontynuował Osobisty ciągnąc mnie za rękaw – i w ogóle….

- O NIE! – wyrwałam się Osobistemu i zasłoniłam ciałem belkę wykładziny – O NIE! Może i Pan jest KAFELEK, miło mi. ALE ja jestem Hanka i w ogóle nigdzie nie pójdę bez 10 metrów tego tu granatowego.

- A ty – tu wbiłam wzrok w osobistego – MILCZ BO UŻYJE MASZYNY DO RATOWANIA PO MALUTKU! INACZEJ!

Musiałam być strasznie straszna, bo wykładziny okazało się być nawet 20 metrów bieżących, okazało się, że dało się odciąć 10 metrów, choć Pan był KAFELEK, okazało się dać zapakować na samochód, choć zwisała najpierw wzdłuż z dachu zawijając się pod maskę z przodu pięknym ESEM FLORESEM, okazało się dać zawinąć ją w folie, choć KAFELEK upierał się ze folii nie ma BO TAMTEN WZIĄŁ……

Dziś rano Osobisty napisał na GG:

- Cześć kochanie.
- Cześć – odpowiedziałam, albowiem jestem dobrze wychowana.
- Wiesz, mieliśmy świetny pomysł z tą wykładziną. – zagaił dalej – Co prawda długo się kładło, ale pokój już normalnie funkcjonuje i tak miło jest. A i zdjąć nie będzie szkoda kiedy już będziemy brali się za RATOWANIE PO MALUTKU!

Proszę Państwa!Proszę Państwa! Widziałam wczoraj coś – czego wyście napewno widzieć szans nie mieli! HA! jak mawia wuj – NIE PROSZE PAŃSTWA, NIE MA KITU!
Nie w Holiłudzie, nie w Los Angelesie, nie na planie filmowym a w GDYNI WŁAŚNIE!

A mianowicie:

Późny wieczór, dom towarowy Batory, lekki zmierzch, miasto portowe Gdynia. Idę kupić otręby i mąkę razową (przypominam – postanowiłam się w życiu zrealizować jako norweski piekarz).
No więc, jeśli idę kupić mąkę razową, to jest to oczywiste, że w efekcie ląduję w sklepie pt „Przecena obuwia 80%”. A nuż będą mąke mieli? A nuż….. I nagle…

- Sruuuuuuuuuuuu pierdziuuuuuuuuuuuuu – jak ciężki kłomb waty spadł na sklep nagle opar Chanel Madmoiselle.

Lekko pociemniało. Pani ekspedientka zakaszlała, oczy wyszły jej lekutku przed okulary. Przypadkowy klient nerwowo zamachał rękami wygarniając w powietrzu resztki tlenu, po czym wepchał je sobie szybko w nos. Mnie przygieło w kierunku matki ziemi, postanowiłam jednak dzielnie się trzymać i zobaczyć co będzie dalej.

- Nannaaa naaaaa naaaaa a tiiii tiiiiii tralalaaalaaaa booooo – przedarło się przez opar.

- Tele tubisie? – Pomyślałam w pierwszej chwili – Tutaj? O tej godzinie?

I nagle… TAAAA DAMMMM!!! Jak Afrodyta z piany, jak Wenus z Milo, jak Szarik z Rudego 102, jak Matka Boska na oknie banku PKO BP – z kurzawy perfumowanych oparów objawiły się:

trzy identyczne Britnej Spirs!

Miały wszystko, ale to wszsytko, co mieć powinny:

brzuchy na wierzchu
różowe okulary
długie blond loki do pasa
brylanty w pępkach
futerkowe dżinsy
kowbojskie szpilki z krokodyla
różowe ust korale
paznokcie ręcznie malowane z kolczykami dyndające
torebki z diamentowego plastiku

Ech…….

- Cyk cyk cyk – podeszły gęsiego do ekspozycji.
- cyc cyk cyk – wzięły ten sam model kozaka na metalowej szpilce z metalowym czubem.
- cyc cyk cyk – włożył jednocześnie, genialnie synchronicznie, każda na swoją lewą nogę.
- Jezuuuuuuuu, tylko 870 zł – cyk cyk wrzasneły jednocześnie – hi hi hiiiiiii ha ha ha.
- Cyk cyk cyk – wydeły wargi w zachwycie jednoczesnym.

I NAGLE! NIESPODZIEWANIE! Z NIENACKA CAŁKIEM! JEDNA ODŁACZYŁA SIĘ OD SZYKU!.

Ja, Przypadkowy klient, ekspedientka, i chyba nawet sam Pan Bóg zadrżeliśmy w trwodze! Jak to tak? Przecież tak równo było, tak samo, tak razem i tak synchronicznie. A teraz taka rysa na szkle? Taki dysonans w tak pięknym układzie choreograficznym?

Ale nieee, prosze Państwa jak się okazało:

Odłączona podeszła do drzwi, obróciła się twarzą do zakutych jeszcze w pojedyncze kozaczki współtowarzyszek. Odłożyła swojego kozaczka, powiesiła torebkę na ramieniu, klasneła w śliczne wypielęgnowane dłonie trzy razy. I krzyknęła:

- Aniołki CZARLEGO! Wychodzimy! Koniec tego dobrego, raz raz…

A potem cyk cyk cyk, szybciutko wyszły gęsiego. A z nimi:
opar
czar
uroda
blask diamentów
furkot pępków
loków blond……

Jeszcze godzinę staliśmy jak słupy soli, nie odważając się nawet drgnąć. Ja, Przypadkowy Klient, Pan Bóg sam chyba.

Przecież nie zawsze spotyka się Aniołki Czarlego. No prosze Państwa, no halo! No spotkał ktoś z was –

ANIOŁKI CZARLEGO FEJS TU FEJS??

7 komentarzy

Mam kryzys. Znaczy katar. W sumie na jedno wychodzi – siedzę w pokoju, w pracy, i staram sie zlokalizować chomika, co mi po gardle lata w te i na zad. Za cholere nie moge gnoja złapać.

- Coś ci się stało? – pyta co chwilę skonfundowana koleżanka zza biurka – Słabo ci? Duszno?

Niby dlatego, że łapie się co chwilę za przełyk łapą.

- Kurde no już go miałam – wychrypuję jak Luis Armstrong – no chyba że to jednak mała puchata, różowa świnka w łaty….

Odpowiadam i rzeczywiście istnieje podejrzenie że to mały wieprzek, bo chrumka mi z gardła jak za przeproszeniem z…….

Ale to nie o tym miało być. O telefonie miało być. Od dziecka. No więc telefon:

- Mamo! Cześć, chciałem tylko powiedzieć że w piątek WPADA DO MNIE MICHAŁ.
- Ooooooo – podpowiadam, Michał jest młodszy, ma 9 lat, mieszka na Jasieniu a my w Gdyni. No kawał od nas.
- No wpada, powiedziałem mu, że może zostać ile chce.
- Oooooooooooooo – w dwójnasób.
- No co??? TO MÓJ PRZYJACIEL! Powiedział że wróca na Jasień w niedziele, a może później jak się mu spodoba u nas. CIESZYSZ SIE??!
- Noooo tak… ale jego mama co na to? Kto go przywiezie? Kto odbiera? O której? Kiedy….
- USPOKÓJ SIE! To mój przyjaciel, nie będę go o takie rzeczy pytał chyba, nie?Oszalałaś? Wróci na jasień jak BEDZIE CHCIAŁ! Może ma kryzys? Sama mówiłas, że masz KRYZYS…

No taaaaa. To co miałam powiedzieć? Obły mi wykład na temat przyjmowania kolegów zrobił i obiecałam KROSSSMAJHART, że zawsze, ale to zawsze, dla kolegi u mnie w domu herbatnik się znajdzie! FOREVER I EVER I WOGÓLE!

PS.

A poza tym postanowiłam, że UPIEKĘ CHLEB. Coś w życiu postanowić trzeba, nawet zrobiłam pierwszy poważny krok – kupiłam formekę za czy pięćdziesiąt.
Jak już nie mogę być Miss Polonia Gdynia to zostanę norweskim piekarzem piekącym czeski chleb w holandii.
Czemu tak?

A BO TAK WŁAŚNIE MI KONWENJUJE!

Poza tym obrażam się na grypę co mnie rozkłada! Nie zamierzam żreć żadnych świństw, bo nie lubie – zastosuję metodę mojej babci która na stwierdzenie:

„NIE MOGĘ PRZYJECHAĆ, MAM GRYPĘ I LEŻE W ŁÓZKU”

odpowiadała spokojnie:

„NIE RÓB SCEN. PRZYJEŻDZAJ NA HERBATKĘ A GRYPIE DAJ 10 ZŁ NA TAKSÓWKĘ I POGOŃ PRECZ Z ŁOZKA NA ULICE”

… bo moja babcia damą była, stary litewski ród…..

Wszystkie, jak widzę piszą podsumowania wyjazdu do Rekowa. I tak na ten przykład Marcel przeszedł sam siebie, podsumował coś, gdzie go nie było!

GRA TU LU JE MY!

Piszą komentarze, wymieniają w punktach, wysyłaja fotki, deklarują, obrażają, decydują, przypisują, demonizują, demografizują, dewirtualizują….

ALE!

Nikt nie pamiętał o PYTANIU. Pytaniu, które było kluczem wyjazdu, zadrą w sercu naszym, kwintesencją naszej przyjaźni, kroplą która drążyła skałę. A mianowicie:

CZY KTOŚ KIEDYKOLWIEK, JAKKOLWIEK, GDZIEKOLWIEK WIDZIAŁ PANIĄ BABCIĘ SĄSIADKĘ? NO!!?? CHOĆ PRZEZ CHWILĘ?

Ech…..

7 komentarzy

Nienawiść Baśki do Anity (od dziecka), i dół w jaki wpadła po obejrzeniu butów z żyrafy to nic w porównaniu do tego, czym darzę Przyszłego Ojca Przyszłej Matki Jego Dziecka….

Za opowieść o SCHABOWYM jestem gotowa wyrwać mu jelito i okręcić nim drzewa w okolicznym parku.

W związku z czym apeluję:
STANOWCZO I NATYCHMIAST ZABRANIAM PANU TAK PISAĆ! EWENTUALNIE PROSZĘ SIĘ PODPISYWAĆ MOIM IMIENIEM I NAZWISKIEM! NO! TO MOŻE JESZCZE WYBACZĘ!

Przecież facet nie moze tak dobrze pisać! To jest zakazane i zabronione! SUROWO!! Może jest jeszcze fajny, miły, sympatyczny i pachnący, młody człowiek na dorobku OBIECUJĄCY?? BRRRRRRR…..

PS. Za karę kradnę urywek:

” Widzę, że Przyszła Matka ma poważną minę i milczy.
- Czemu jesteś smutna? – pytam.
- Nikt mnie nie kocha – odpowiada.
- ?????
- No dobra, zjadłam za dużo ryby i teraz mnie mdli.”

I NIE ZAMIERZAM ODDAĆ! Bo mam katar i kaszel i jest mi źle! I wogóle to powinnam ten kawałek dostać w prezencie! CZEMU?

BO TAK!

…. a pozatym to przecież ja jestem fajna….

Jestem już w Gdyni. O jakiś trzech tygodni jestem mieszkanką miasta śledziowa! Piękne miasto! O w morde jak piękne! A mianowicie:

Ewidentnie Gdynia to miasto starych lampucer! Osobisty, ponieważ staż w mieście śledziowie ma dłuższy, mówi bez szczególnych emocji – eee tam …stare marynarzowe.

Ja jednak troche się ich boje, nawet. Nie wiadomo w którym miejscu, z za jakiego załomku muru, wypadnie na ciebie taka lampucera! Normalnie trzeba non stop być spiętym i przygotowanym…

Jeśli nie jest to lampucera, to na mur beton lafirynda. Lafirynda to taka WCZESNA lampucera. Ma buty kowbojki typu klapki, ale za to z 34 metrowymi czubami, ma dżinsy z wiszącymi ogonami zwierząt i dyndającymi strzępami skóry tychrze samych zwierząt, i jest potworna w dwójnasób. W stosunku do lampucer oczywiście!

Na dodatek mój osobisty dał takim lafiryndom pociągnąć druta! Na podwórze zresztą – lafiryndy szarpeły tego druta i ja musiałam cały dzień słuchać JEDNEGO utworu jakiejś Anastazji czy innej Aliszji. Bo układ choreograficzny ćwiczony przez lafiryndy nie chciał im wyjść. Jakieś 12 godzin nie chciał im wyjść. Na garażach nie chciał…..

Mieszkanie. Prosze Państwa – zdecydownie nie jest moim ulubionym zajęciem malowanie pokoju wysokosci 4 metry. Podczas gdy ja osobiście mam tych metrów 1,60.

Uważam, że to ewidentne chamstwo ze strony pokoju, że ma te 4! Zdecydowanie za to wolę już opalać i skrobać parapet, który ma taką szerokość, że mała wioska wykarmiła by się ryżem, gdyby ten ryż na tym parapecie posadzić.

Okna – też maja naturę chamską, nie dość, że wyższe ode mnie, to na dodatek PODWÓJNE!

Poza tym – chwilowo nie mam kuchni, choć w sumie kuchnie mam w pokoju, który będzie kuchnią, chociaż chwilowo kuchnią nie jest – bo kuchnia jest w łazience, która nie jest jeszcze łazienką bo w sumie była kuchnia, ale ma zamiar zostać łazienką.

także chwilowo na razie w między czasie:

RATUNKU!!!

PS. Młody jak chce zobaczyć oczu moich dziki blask mówi:

- Głowa mi pęka w szwach mamo!

…a mnie się to kojarzy dosłownie.

Na dodatek w 3 dni po zdjęciu szwów u mojego dziecka pojawiła się przy ranie mała niebieska kropeczka . Mówie :

- Daj igiełką wyjme ci, bo chyba został kawałeczek nitki pod skóra.

I igiełką wyjmując wydłubałam 5 cm nici z czoła! Wychodzącej jak wentyl od trotylu!

- Sprułaś mi chyba mózg! – wrzasnął radośnie młody chowając nitkę do pudełka gdzie SAME WAŻNE RZECZY, znaczy 5 zębów, nici ze szwów, zdechła mucha i takie tam…

Nooo…

7 komentarzy

Wróciłam….
Zasadniczo jestem, ale jeszcze nie wiem jak się nazywam, jak się dowiem to napisze :-)


  • RSS