Strasznie złachana jestem. No doprawdy. W prasie pierwsza zła recenzja, w domu burdel niemożebny, mało nie umarłam wczoraj śledzac drogę (i los niepewny) moich zaproszęń dla gości, w lodówce pusto – znaczy jestem chyba „de star” (dziecko karmię mac donaldem, przeciwko czemu dziecko nie ma chyba zbyt wielu pretensji). Co dziennie rano budzi mnie jeden mały, czarny, dość nowy, lekko nienormalny kot. Liżąc mnie po czole i oku. Lizanie oka przez kota, to nie jest zbyt fajne uczucie. Kot ma język troche BARDZIEJ, niż inne ssaki. Taki mi się wydaje.  Wiec się budzę. Więc kot uważa „SUPER!! BAWIMY BAWIMY”. Na co stary kot patrzy z dezaprobatą, i czasem nawet na jej dowód rzyga. Też rano. Nonszalancko. No to wstaję tym bardziej, bo posprzątać po sobie już ta harbinia nie sprząta. No to potem chce mi się spać.

I tak o.

Wyprowadziłam dziś na spacer moje nowe kozaki, (bardzo piekne, bardzo, tak piękne, że chyba nie lubią chodzić, tylko chcą być PO DZI WIA NE, co udawadniają przy każdym kroku) zjadłam choć jeść już nie miałam, a po robocie muszę zaprowadzić kozaki do rosmana po różne takie. Bynajmniej nie jakieś WYKWINTNE. Raczej po „do dupy” i inne proszki. Proza.  I tak o. De star – jak nic :-)) Aha i czekam na Ewkę i Baśkę. Już pojutrze. Doprawdy, fajną stroną tego filmu jest to, że widujemy się z dziewczynami z odstepami dwudniowymi dość regularnie, NAJSSSS. Nie chcę żeby to się skończyło. NIE NIE NIE!